wtorek, 17 stycznia 2017

Historie rodzinne

Fotografia sprzed ponad 50 lat, na której znajdują się m.in. moi dziadkowie ze swoimi dziećmi, a moim wujostwem. Zdjęcie z archiwum rodzinnego Sławomira Binczaka. 

Z abstrakcją patrzę na zeskanowaną stronę księgi parafialnej, która pochodzi z 1775 roku i która informuje o śmierci mojego praprapraprapraprapradziadka. Człowieka, który urodził się w 1697 roku (czyli 320 lat temu), a zmarł 3 lata po pierwszym rozbiorze Polski.


Z pewnym wzruszeniem czytam pamiętniki dziadka, w których wielokrotnie zwraca się do mojej mamy i strasznie żałuję, że nie udało mi się go nigdy poznać, ponieważ zmarł on 5 lat przed moimi narodzinami.

Pochylam się nad listem, który ponad 100 lat temu został wysłany przez Michała - brata mojego pradziadka - do swojej przyszłej żony. Uśmiecham się, gdy zaczyna od słów „Droga Panno Pelagio!”. Oczy mi się żarzą, gdy widzę zdjęcie, do którego, kilka lat później, pozują we dwójkę, a obok nich znajduje się ich młody syn – Jureczek. I przełykam głośno ślinę, gdy czytam, że Michał umiera 5 lat po ślubie z Pelagią w wieku zaledwie 27 lat.

Wyobrażam sobie przygotowania do ślubu jednych z moich praprapradziadków, gdy czytam informację z ksiąg o zaślubinach między „Kacprem – kawalerem lat dziewiętnaście mającym (…), a Maryanną panną lat szesnaście liczącą”.

Dzięki jednemu z członków rodziny, który od ponad 20 lat próbuje sklejać genealogiczną historię rodu, chłonę całym sobą wszystkie nowe informacje, o których nie miałem wcześniej pojęcia. Oglądam czarnobiałe zdjęcia i uśmiecham się do siebie.

Spadam prawie z krzesła, gdy odkrywam, że jeden z moich praprapradziadków nazywał się Andrzej Duda i po chwili ogarnia mnie śmiech, którego nie mogę powstrzymać przez dobrych kilka minut.
Zastanawiam się, co musiało się stać, że siostra mojego dziadka, która tak, jak on, urodziła się w Odessie, nie zdecydowała się na powrót do odrodzonej Polski, tylko została w Związku Sowieckim, wychodząc za mąż za sowieckiego oficera. I myślę, jak bardzo musiało być przykro dziadkowi z powodu tego, że kontakt między nimi się urwał.

Zamykam oczy i tworzę te wszystkie historie rodzinne, o których nie miałem pojęcia. Buduję obrazy intuicyjnie, nie wiedząc czy chociaż w jakimś małym stopniu oddają podobieństwo tamtych chwil. Widzę Michała, który pisze list do Pelagii. Widzę 16-letnią Marysię, która budzi się i uświadamia sobie, że to ten dzień, w którym poślubi 19-letniego Kacpra. Widzę Macieja, który przeżył przez prawie cały XVII wiek w I Rzeczpospolitej i który może zmartwiony patrzył na to, jak jego ojczyzna, coraz słabsza, upada na kolana, bo całkowitego jej upadku na szczęście nie mógł zobaczyć.

Mało wiem o tych ludziach. Głównie są to daty urodzin, ślubów, śmierci (często sprowadzające się do roku, bez szczegółowych terminów dni i miesięcy), miejsca zamieszkania i profesja, którą się zajmowali. Praktycznie to nic, jakaś cienka nić wiedzy, która łączy mnie i ich. Ale ta nitka wystarczy, by poczucie więzi i jakiegoś spokoju wewnętrznego były na tyle silne, że kiedyś ja będę mógł opowiedzieć swoim dzieciom o przodkach.

O tym, że był Maciej urodzony w 1697 roku. O dziadku Michale pochodzącym z Odessy. O 16-letniej Marysi wychodzącej za mąż. I o Michale, który kochał mocno pewną pannę Pelagię.

1 komentarz:

  1. Piękny tekst. Najwcześniejsze daty które znam z mojej historii rodzinnej pochodzą z II połowy XIX wieku,wiem, szału nie ma. Ale nikt nie wie co było wcześniej. Dlatego jak przeczytałam o tym 1697 roku to... zazdro :)) Pozdrawiam serdecznie :))

    OdpowiedzUsuń