środa, 27 lipca 2016

Najpiękniejsza miłość na ziemi

Kadr z serialu "House of cards", e.01, s.01, reż. David Fincher

Znałem kiedyś takiego Maćka. Miał kawalerkę na najwyższym piętrze wieżowca. A że ten liczył sobie dwadzieścia kondygnacji, to widok na miasto robił wrażenie. Dodatkowo nad blokiem przechodziła ścieżka lądowania na pobliskie lotnisko, więc Maciek mógł bez problemów pisać na kartkach A4 żarty i te kartki przykładał do okna, patrząc z satysfakcją na śmiejących się pilotów maszyn. Szczególnie upodobał sobie wymianę żartów z ludźmi z British Airways i polskiego LOT-u.

 
Charakterystyczne dla Maćka było to, że jarał szlugi, jak pojebany. Odpalał drugiego od pierwszego, trzeciego od drugiego i tak dalej. Prewencyjnie, co pół roku, wybierał się na rentgen płuc i to, że te zdjęcia nie miały żadnych czarnych plam było większym cudem niż przemiana wody w wino przez Jezusa, a także wszystkie wygrane w wielomilionowych kumulacjach totka gdzieś w Mielnie czy innym Unieściu.

Jako że kawalerka Maćka była upośledzona o brak balkonu, ten otwierał stare, PRL-owskie okienko w kuchni, siadał na parapecie i odpalał zarówno szluga, jak i brak lęku wysokości, bo zjebać się było łatwo, a przygoda po dwudziestu piętrach lotu, jak by to miało jakiekolwiek znaczenie, skończyłaby się nie krzakami, a betonem. Parapet i stolik kuchenny usłany był pełnymi popielniczkami i słoiczkami po sosach bolońskich, słodkokwaśnych i innych wypełnionymi niedopałkami z białymi filtrami, bo Maciek upodobał sobie mentole.

Istniała jednak sytuacja, w której to Maciek nie palił w mieszkaniu. Zawsze to było wtedy, gdy na dwudzieste piętro, kolejką linową, docierała jego dziewczyna. Mimo że maćkowe palenie w kuchni jej nie przeszkadzało, ten za każdym razem dymał na sam dół, przed budynek, by zapalić w spokoju szluga. Sprowadzało się to do tego, że po zsumowaniu Maciek częściej spędzał czas w jadącej windzie niż na byciu obok swojej lepszej połówki. I na nic zdawały się tłumaczenia i zapewniania, że ten dym papierosowy w kuchni dziewczynie nie przeszkadza. Że jeśli chce, to proszę bardzo, niech Maciek sobie usiądzie na parapecie, spojrzy w przepaść i między jednym, a drugim zaciągnięciem spoci się momentalnie, bo niechcący trochę za mocno wychyli się za framugę okienną.

Nie dało się go przegadać. Maciek brał urlop od życia i zjeżdżał do innego świata przez dwadzieścia pięter. Nieważne czy dzień, czy noc, czy piekące słońce, czy też taki mróz, że psy spod Suwałk szczekałyby przy nim dupami.  Nie kurwił, gdy winda, pamiętająca czasy Gomułki, odmawiała posłuszeństwa, wskutek czego Maciek musiał wspinać się na sam szczyt po schodach. Było to tym trudniejsze, bo Maćkowi posturą było bliżej do Ryszarda Kalisza niż Roberta Lewandowskiego. Jednak Maciek nie zrażał się i zaczynał wspinaczkę na ten swój Mount Everest, robiąc kilkudniowe przerwy aklimatyzacyjne w naprędce założonych obozach na siódmym i czternastym piętrze.

Byłem strasznie zafascynowany tym fenomenem i kiedyś, będąc u Maćka w stanie połowicznego rozkładu, między jedną butelką wódki, a drugą, spytałem się go, o co w tym wszystkim chodzi. Maciek odpalił papierosa, zakołysał się na parapecie, zmrużył oczy i zaczął mówić:
- Wiesz, dlaczego ja za każdym razem tak zjeżdżam windą w dół przed ten blok? Bo to są jedyne momenty, w których mogę się bezceremonialnie spierdzieć. Na głos i z całą gamą zapachową, od której wymiera wszelkie życie w promieniu kilometra.
- Chcesz powiedzieć – zacząłem ze zdziwieniem malującym się na twarzy – że ty nigdy przy niej, ten, no, tego, wiesz, nie zrobiłeś?
- Nie. I nie zamierzam – odpowiedział.
- Maciek, ale po co to wszystko?! – nie dawałem za wygraną.
Maciek dogasił papierosa, wychylił kieliszek wódki i odparł krótko, zamykając temat:
- Bo ja ją tak bardzo kocham.


Najpiękniejsza miłość na ziemi. I kropka. 

1 komentarz:

  1. Absolutnie CU-DO-WNE !!! I dla mnie zupełnie zrozumiałe, ale ..ja stara jestem , to i kocham po staremu .

    OdpowiedzUsuń