niedziela, 3 lipca 2016

Mogliśmy być szczęśliwi

Kadr z filmu "Piętno", reż. Robert Benton


Mogliśmy mieć mały, biały domek na przedmieściach. Z beżowym płotem, werandą i bujaną huśtawką. Dwa psy i trzy koty. Obluzowany stopień w schodach na piętro i wiecznie niedomykające się okienko w piwnicy. Mogliśmy się przekomarzać za każdym razem, gdy mówiłem do ciebie ‘mała’, mimo że byłaś mojego wzrostu. Mogliśmy po prostu być szczęśliwi.


Mogliśmy mieszkać w małej kawalerce na Żoliborzu. Z karminowymi zasłonami i bordową pościelą na ikeowskim materacu. Mieć królika i takiego białego jeża domowego. Wiesz, tego śmiesznego, w którym każdy, kto przychodziłby do nas, zakochałby się z miejsca i robił mu mnóstwo zdjęć. Mogliśmy być najlepszymi przyjaciółmi pod słońcem i mówić sobie wszystko.

Mogliśmy mieszkać w Poznaniu lub we Wrocławiu. W dwupokojowym mieszkaniu starej kamienicy, która kryłaby w sobie niewiarygodną ilość zapierających dech w piersi historii. Mogłaś mieć stary, oliwkowy fotel, w którym czytałabyś swoje ulubione książki. Dla mnie dębowe, proste biurko i maszyna do pisania, dzięki której przelewałbym na papier wszystkie opowieści, jakie tylko by mi wpadły do głowy. Mogliśmy czasem się kochać na tym biurku.

Mogliśmy jeździć na Mazury pod namioty i marznąć nad ranem, bo nie sprawdziliśmy dokładnie pogody, trafiając na kilkudniowy spadek temperatur. Mogliśmy szukać najpiękniejszych i zacisznych jezior. Palić papierosy na brzegu, czekając na zmierzch. Zrzucać z siebie ubrania i biec w pełni krzyku i radości do chłodnej wody. Mogliśmy wiedzieć, że będziemy ze sobą na zawsze.

Mogliśmy spacerować po mieście bez celu, po prostu przed siebie. Przecinając ulicę za ulicą, park za parkiem i skwer za skwerem. Przechodzić przez rzekę wszystkimi mostami i jeździć tramwajami wybranymi na ślepo. Mogliśmy nosić okulary przeciwsłoneczne i trzymać się za rękę. Jeść lody i opowiadać o swoich najgłupszych decyzjach z dzieciństwa. Mogliśmy uważać takie dni za najwspanialsze.

Mogliśmy wspólnie nienawidzić porannego wstawania. Szykowania się do pracy, niedopijania kaw i herbat i gryzienia w biegu bułek z miodem. Mogliśmy czasem spóźniać się do tych prac, bo czy jest coś lepszego w witaniu nowego dnia niż moje dłonie przesuwające się po twoich nagich biodrach? Mogliśmy wtedy dostawać od przełożonych opieprz za spóźnienia, a w myślach mówić sobie, że było warto.

Wymyślam nas na nowo. Codziennie w różnych konfiguracjach. Odkrawam kawałki przeszłości i wpisuję w nie zupełnie inne historie. Bez błędów, niedociągnięć. Takie, które nie są tą pierwszą kostką domina, której upadek powoduje rozciągniętą w czasie katastrofę. Przecież znam się na tworzeniu najlepszych scenariuszy. I nie rozumiem, dlaczego zamiast happy endu, wszystko zmierza do końca na smutno, na chłodno i na do widzenia na zawsze.


Chyba przypadkiem ktoś nas umieścił w totalnie złej historii, mała. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz