wtorek, 19 kwietnia 2016

Chcemy nastoletniej miłości

Kadr z filmu "Moonrise Kingdom", reż. Wes Anderson


Chcemy. Tak po prostu i już. Bez żadnych wątpliwości i kompromisów. Beztroski, niewinności, nowości. Bez spinania się i zastanawiania, co będzie jutro. Bez konieczności stawania okiem w oko z rzeczywistością. 


Chcemy siebie kochać bezustannie i tak mocno, jakby to był nasz pierwszy raz. Chcemy kochać tak, jak nienawidzimy kolejek w ZUS-ie. Tych numerków wyskakujących z maszyny, która wskazuje nam miejsce w kolejce. Pieprzyć maszyny i kolejki. My chcemy tylko jeden numerek. Ten, który pokazuje nam miejsce do naszych serc. I świadomości tego, że jesteśmy na pierwszym miejscu w oczekiwaniu. Pieprzyć zusowskie druki ZZA. Tak, jak szybko chcemy je wypełnić i mieć to z głowy, tak szybko chcemy już być ze sobą. 

Obok, pod sobą, na sobie, przy sobie, w każdej konfiguracji. W łóżku, na stole, na spacerze, w kawiarni, na blacie kuchennym, przed telewizorem. Nie chcemy innych konfiguracji. Nie chcemy stać w wojewódzkich oddziałach NFZ i załatwiać sprawy dorosłych. Bo nie chcemy być dorośli wtedy, gdy chodzi o nas. Chcemy być dziećmi, dla których wszystko jest nowe, piękne, tajemnicze i trochę przerażające. A w tym przerażeniu wręcz podniecające. 

Nie mówcie nam o wypełnianiu PIT-ów, gdy w głowie nam śmiech i podjadanie sobie wzajemnie popcornu w kinie. Pieprzyć PIT-y. I numerki z maszyny. I oddziały NFZ. Bo my chcemy ganiać po mieście, za rękę, w pełnym biegu i śmiechu tak głośnym, że wszyscy się za nami odwracają. Nie będziemy ganiać po urzędach i po spotkaniach z klientami, z którymi załatwiamy bardzo-ważne-sprawy-dzięki-którym-opłacamy-rachunki. 

Chcemy nieśmiałości w spojrzeniach pierwszych między sobą, a nie między nami, a naszymi przełożonymi, z którymi mamy te wszystkie spotkania, omawianie strategii, calle i inne chujostwa, które, jakby tak spojrzeć na nie z dystansu, wydają się być co najmniej zabawne i niepoważne. Bo to wszystko jest niepoważne, gdy zestawimy to w kontrze z nami. 

Jesteśmy my. Tylko my. Nastoletnie dzieci w garniturach i dopasowanych garsonkach. Które gdzieś między wyjściem z taksówki, a zrobieniem prezentacji kreatywnej wyślą do siebie głupiego sms-a. Pieprzyć taksówki, jeśli to nie są te, które nas zabierają po szalonej nocy na mieście do ciepłej, delikatnej i pachnącej płynem do płukania pościeli. 

Pieprzyć to, bo strajkujemy. Budujemy barykady z butów, krzeseł i książek. Z wypadów za miasto, spacerów po parkach, wspólnych herbat i butelek wina. Chowamy się za nią i walimy bezlitośnie w tę dorosłość, od której raz na jakiś czas musimy wziąć wolne. Bo chcemy być dziećmi. Szaleńczo zakochanymi dziećmi, których nic prócz tej miłości nie obchodzi. 

Chodźmy na barykady. Już. Dalej. Szybko. 


4 komentarze:

  1. Nadal jestem małą dziewczynką. Śpię z misiem, którego dostałam na 17 urodziny od teraz już narzeczonego. I mimo rozłąki o prawie 500 km, tęsknimy do siebie jak dzieci. Nie chcemy być daleko od siebie. Chcemy miłości, która zrodziła się gdy byliśmy młodsi o kilka lat. I chcemy takiej dziecięcej miłości, do końca naszego życia. a dzielą nas głupi klienci, Pity, Zusy, kolejki w NFZtach. Dzielą nas sprawy nie ważne dla dzieci. O których nie mają pojęcia. I nie chcą mieć z nimi nic do czynienia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chcemy tak bardzo...

    OdpowiedzUsuń
  3. Życie, życie jest nobelon, jak śpiewał Ryszard Ry. Chuj, nie nobelon. Jakby nie było chujem, to by nam nie kazało dorastać...

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdyby nie problemy, które przychodzą z wiekiem, nadal miałabym przy boku ukochanego:(

    OdpowiedzUsuń