sobota, 26 grudnia 2015

Już nie lubię mojego rodzinnego miasta

Kadr z filmu "Sztuczki", reż. Andrzej Jakimowski


Zawsze będę dumny z miejsca, z którego pochodzę. Zawsze będę z sentymentem wspominał różne zakątki, które w okresie dzieciństwa i dojrzewania znaczyły dla mnie tak dużo. I nadal znaczą. Kocham moje miasto i nie zapomnę o nim do końca życia. Wiesz, po prostu już go nie lubię.


Bo dla nas wielu chyba rzeczą wspólną jest to, że te powroty do domu są przyjemne i miłe tylko przez chwilę. Nie ma nas przez wiele miesięcy, zdążymy za nim zatęsknić i zapragnąć krótkiego odwyku od tego gwaru i zgiełku, który nas otacza. A na który zgodziliśmy się dobrowolnie, bo przeprowadziliśmy się tutaj na studia lub po to, by pracować. Więc wracamy do domu rodzinnego z pewną ulgą. Uśmiechamy się, gdy widzimy nazwę naszego miasta na tablicy na rogatkach lub na dworcu, na którym nasz pociąg powoli hamuje. Nie przeszkadza nam to, że za nami często i kilka godzin męczącej podróży. Jest dobrze, tak po prostu. Wróciliśmy do swoich korzeni. Do miejsca, do którego przynależymy czy tego chcemy, czy nie.

Jednak po kilku dniach zaczyna nam coś ćmić w głowie. Brakuje tych samolotów nad nami, dzwonka tramwaju, który piszczy przy przejeździe przez przejście dla pieszych. Nawet tęsknimy za tą chmarą ludzi, między którymi przeciskamy się na chodniku lub też z którymi jeździmy rano metrem czy autobusem. I pewnie tak, jak ja, ty też czujesz, że po prostu tęsknisz za tym wielkomiejskim pierdolnikiem, który zostawiasz za sobą, gdy wracasz do domu. Bo to miejsce rodzinne – miasto lub wieś – po prostu nie ma już w sobie takiej magii, jaką jeszcze miało, gdy mieszkało się w nim na co dzień. Tuż przed wyjazdem z niego właściwie już na stałe.

Znajomości z liceum powoli się wykruszają. O ile nie masz mocnej paczki, która przetrwała rozproszenie przez studia, to tak właściwie nie masz z kim się spotkać. Bo przecież nie wskoczysz radośnie w ramiona osoby, z którą przez ostatnie kilka lat zamieniłaś może kilka słów. Owszem, jedno, dwa piwa da się wypić, pośmiać i pożartować, ale w pewnym momencie przyjdzie ten czas, w którym zapadnie ta niezręczna cisza, podczas której uświadomicie sobie, że wyczerpaliście właściwie już wszystkie tematy. Bo o rzeczach poważniejszych, bardziej skrytych możesz porozmawiać z tymi ludźmi, którzy są w tej Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Gdańsku czy Wrocławiu.

To nie jest nic złego, że można nie lubić swojego rodzinnego kąta. Nie w nim zapuszczamy korzenie. My je stamtąd wyrwaliśmy szybkim i zdecydowanym ruchem, gdy najczęściej w wieku 19 lat, zdecydowaliśmy się na szukanie szczęścia gdzie indziej. To właśnie w tym całym „gdzie indziej” zaczynamy osiedlać się na nowo. Bez myśli o powrocie na stare śmiecie. Jeśli już jakaś zmiana miałaby nastąpić, to nigdy nie byłby nią powrót.

Bo przecież dostalibyśmy depresji, gdybyśmy mieli być u siebie dłużej niż miesiąc lub dwa. Czasem słyszysz pytanie, czy planujesz kiedyś tutaj swój powrót i wzdrygasz się na samą myśl o tym. Może dopiero na emeryturze. Ale z drugiej strony, jeśli założysz rodzinę w dużym mieście, to co zrobisz potem? Jebniesz wszystkim i zdecydujesz się na wycieczkę w jedną stronę, zostawiając za sobą znane ci przez kilkadziesiąt lat kąty? Rodzinę, dzieci, wnuki? Prędzej przeprowadzisz się na obrzeża dużego miasta. Do wymarzonego domku z białym płotem i psem husky, który leniwie wygrzewa się na osłonecznionej werandzie niż stwierdzisz, że powrót do miejsca urodzenia i dorastania, jest dobrym pomysłem.

Co można tu lubić? To, że wieczorem główna ulica wygląda jak z kadr z filmu Silent Hill? Bez żywej duszy na chodnikach, z pogaszonymi witrynami sklepów, z pozamykanymi drzwiami kawiarni, restauracji, pubów. Czy może to, że umawiasz się z kimś po drugiej stronie miasta i nagle, na przystanku autobusowym, uderza cię małomiasteczkowa rzeczywistość niczym szmata w ryj, bo okazuje się, że najbliższy autobus jest za godzinę. Bo tu się przecież chodzi na piechotę głównie. Bo komunikacja jest tylko takim dodatkiem (o ile w ogóle istnieje) i nie ma nic wspólnego z tą, którą znasz u siebie. Gdzie wystarczy poczekać maksymalnie kilka minut na przystanku i coś zawsze podjedzie. Czy to w ciągu dnia, czy w nocy.

Jest cudownie, gdy widzisz swoich bliskich po rozłące. Ale po pewnym momencie masz ochotę już na posiedzenie w samotności w swoim pokoju w dużym mieście, gdzie możesz otworzyć sobie butelkę wina, odpalić głupoty na laptopie i bezproduktywnie spędzić wieczór bez krytycznego spojrzenia. Albo po prostu nawalić się ze współlokatorem lub współlokatorką w mieszkaniowej kuchni i podrzeć się do najbardziej wieśniackich hitów muzycznych.
Jest cudownie, gdy spacerujesz po chodnikach, którymi chodziło się do szkoły. Fajnie zobaczyć swoje ulubione miejsca. Ten krzak w parku, za którym w ukryciu paliło się pierwsze papierosy. Ten budynek, w którym istniała wtedy knajpka, gdzie był pierwszy pocałunek z licealną miłością. Ale ileż można żywić się sentymentami i wspomnieniami?

Dlatego w pewnym momencie już w duchu odliczasz te godziny do powrotu. Naprzytulasz się z bliskimi na pożegnanie nieskończoną ilość razy i naprawdę będzie ci przykro, że zobaczysz ich za kilka miesięcy dopiero. Ale ta przykrość minie po chwili. Zaraz po tym, gdy za tobą, na horyzoncie, zniknie kontur rodzinnego miejsca. I z ulgą przyjmiesz widok miasta, w którym przyszło ci żyć na co dzień. Nawet wiedząc, że te samoloty nad głową i cisnący się ludzie w komunikacji publicznej zaczną cię wkurwiać szybciej, niż myślisz.


Ale nic nie szkodzi. Jesteś u siebie. W miejscu, które rozumiesz już bardziej niż swoją małą ojczyznę, z której pochodzisz.


2 komentarze:

  1. Nie lubisz - to trudno. Widocznie taka kolej rzeczy. Miasto z dzieciństwa było tylko punktem na Twojej drodze do celu, a cel jest pewnie jeszcze daleko i nie wiadomo co po drodze. Zawsze pozostaje jakiś sentyment do miejsca, w którym się wychowało, stawiało pierwsze kroki, ale teraz żyjesz już gdzie indziej i "tamto" już za Tobą. Pewnie, że nie raz wspomnisz drogę do szkoły czy miejsce spotkań z dziewczyną, czy kino, ale już nie chcesz tu być. Już co innego Ci w duszy gra. Już potrzebujesz tych samolotów nad głową i stukotu tramwajów po szynach. Teraz jesteś u siebie, choć być może jest to tylko punkt na mapie Twojej życiowej podróży. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. W Koszalinie na szczęście rozwinął się trochę "rynek" psychiatryczny. W końcu popyt wyznacza podaż.

    OdpowiedzUsuń