poniedziałek, 28 września 2015

Gdy piszesz do mnie o tym, że umierasz

Kadr z filmu "American Beauty"


Wróciłem wczoraj z Blog Forum Gdańsk. Cudowne wydarzenie przesycone inspirującymi dyskusjami. W wielu momentach, w kontekście blogowania, padały takie zwroty, jak emocje, odpowiedzialność, wrażliwość, rzetelność. I naszła mnie taka mała refleksja, którą chciałbym się z wami podzielić.

To miłe, gdy czyta się komentarze, które wręcz pieszczą twoje ego. To przyjemne, gdy twoja koleżanka-blogerka mówi, że zrobiłaby twojemu umysłowi loda. Wszystkie stwierdzenia o miękkich kolanach i mokrych majtkach z podniecenia sprawiają, że człowiek uśmiecha się w kąciku ust. Może już nie zachwyca się tym faktem, jak na początku, bo, szczerze powiedziawszy, przyzwyczaja się do nich, ale zawsze jest to coś fajnego.

Jednak czasem zdarzają się sytuacje, w których uśmiech znika z twarzy. Gdy ego nie jest delikatnie muskane, a zamiast tego otrzymuje się silny cios w potylicę, który sprawia, że świat przez ułamek sekundy wiruje lub ustępuje miejsca ciemnej otchłani. Nie zawsze otrzymuję maile, wiadomości pełne pochwał, rozpływania się w zachwycie i uśmiechów. Czasem otrzymuję historie, po których mam ochotę się napić albo schować przed całym światem na jakiś czas.

Dużo moich tekstów zostało napisanych pod wpływem smutku. Jeżeli więc potrafię wpływać na moich czytelników ładnymi obrazami ze szczęśliwą miłością, podnieceniem, pożądaniem, to równie dobrze robię to samo ze smutkiem. I jeśli dostaję wiadomości pod wpływem tych dobrych emocji, to również mam te, które są wynikiem tego, że w niektórych coś pęka.

Trudno, by coś nie pękło, gdy świat wali się na głowę i gniecie w barkach tak, że upada się na kolana. Jak w przypadku pewnej dziewczyny, która od lat nie może uwolnić się z toksycznego związku naznaczonego krzykiem, psychicznym terrorem, finansowym szantażem, pięścią, purpurą pod okiem i rozciętą wargą. Albo w tym momencie, kiedy to poznaję historię pewnego mężczyzny z problemem alkoholowym, uświadamiającym sobie, że coraz bardziej przypomina swojego ojca, którego nienawidzi.

Pamiętam, może niektórzy z was też, swój tekst sprzed ponad roku. „Nie mówię żegnaj”, będącym pożegnalnym prezentem dla Poznania, w którym mieszkałem przez 5 lat. Napisałem tam m.in.

Dziękuję za to, że nauczyłem się u Ciebie miłości, a słowo 'kocham' nabrało wreszcie dla mnie sensu i prawdziwego znaczenia. Że bez cienia wątpliwości znam ten stan i wiem z czym wszystkim on się wiąże. Dziękuję za to, że postawiłaś na mojej drodze tę osobę, której to słowo mogłem powiedzieć.   

Kilka tygodni później napisała do mnie pewna kobieta. Napisała pod wpływem tego tekstu. Dowiedziałem się, że choruje na pewien typ nowotworu. Że jest to ostatnie stadium. Że wszystkie próby leczenia zawodzą i pozostaje przygotować się w spokoju na koniec. Spokojnie czekać na śmierć. Strasznie niewyobrażalne. Absurd i abstrakcja ścigające się ze sobą. A jednak była spokojna. Za wyjątkiem jednej rzeczy. Napisała mi, że jednego w życiu jej szkoda. Tego, że nigdy się w nikim nie zakochała. Że prócz tej rodzinnej miłości nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak smakują inne jej odcienie. Co znaczy mówić ‘kocham’ i jak to jest, gdy w odpowiedzi słyszy się ‘ja ciebie też’. Tylko tej jednej rzeczy żałowała. Tylko ona ją gryzła.

Nie wiedziałem, co po tej wiadomości mam ze sobą zrobić. Krzątałem się po domu, nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca. Wychodziłem na papierosa, wracałem, nalewałem wina, piłem, płakałem, wychodziłem na papierosa, wracałem, nalewałem wina, piłem, płakałem, zapętlałem. Niekiedy strasznie się zryczę podczas czytania. Niekiedy podczas odpisywania.

Bo czytam wszystko i odpisuję na wszystkie wiadomości. Z tym, że staram się w ogóle nie wchodzić w szczegóły. Nie zagłębiać w żadne tematy. Nie próbować doradzać i w tym doradzaniu pomagać, bo nie umiem. Najzwyczajniej nie potrafię. Większość z nas, blogerów, nie jest w ogóle psychologami. A im bardziej angażowałbym się w daną rozmowę, tym, coś czuję, że coraz bardziej mógłbym to schrzanić po całości.

Na tegorocznej edycji Blog Forum Gdańsk, Andrzej Tucholski mówił, że dzieli się numerami telefonów czy też linkami do instytucji, czy też ludzi, którzy mogą danej osobie pomóc. Robię to samo. Nie daję od siebie rozwiązania problemu, tylko pokazuję ścieżkę, którą warto pójść, by zawalczyć o te rozwiązanie wspólnie z tymi, którzy znają się na tym najlepiej. Ja się nie znam.

Ale dobrze wiem, że jeśli będę pisał, to te maile czy zapukania w facebookowe drzwi będą się pojawiać. I nie znikną. Ci, którzy piszą o emocjach, uczuciach, różnego rodzaju aspektach, tyczących się szeroko pojętych relacji międzyludzkich, muszą mieć świadomość, że tego typu wiadomości wpisane są w ich działalność. Bo jesteśmy jak takie połączenie taksówkarza, barmana i księdza w konfesjonale. Mamy jeszcze jedną zaletę- jesteśmy w sieci.

Nie trzeba nam patrzeć w oczy, gdy mówi się o strasznych rzeczach. Nie trzeba bać się reakcji, a jeśli strach i tak przyjdzie, można zamknąć laptopa. Można nam nie odpisać, można, w przypływie żałowania, że zrobiło się to, skasować po swojej stronie rozmowę i udawać, że nic się nie wydarzyło. Nie jesteśmy nikim bliskim. Żadną rodziną, żadnymi przyjaciółmi. Odsłaniamy raz na jakiś czas kawałek naszego życia i serca przed tysiącami w sieci. A w sieci można się łudzić, że jest się anonimowym i chwytać się tej myśli. A wtedy prościej jest do nas napisać.

Tym bardziej, że kiedyś trzeba się wygadać – internetowo lub na żywo. Tłamszenie przez cały czas tego wszystkiego w sobie jest dla większości ponad siły. Jesteśmy często tymi pierwszymi, którzy usłyszeli o danej sprawie. W wielu przypadkach będziemy tymi jedynymi. Uważam, że każdy bloger powinien być gruboskórny – chociażby po to, by złośliwa, przesycona nienawiścią krytyka nie bolała. Nikt nam nie zagwarantuje zawsze konstruktywnej dyskusji, punktującej niedoskonałości naszej blogerskiej pracy. W przypadkach, gdy na jej miejscu pojawia się hejt, ta gruboskórność jest często nieoceniona.

Jednak ona zanika trochę w momencie tych historii, pojawiających się raz na jakiś czas. Nie ma jej na tyle, by nie przejść obojętnie obok słów, w których znajduję  zwierzenie się z tego, że ktoś nie odnajduje już sensu w codziennym wstawaniu i nie chce dalej żyć. Jest na tyle, by po szoku wywołanym niektórymi słowami, być w stanie podać te linki. Naskrobać ten numer telefonu do specjalisty. Stworzyć kilka ciepłych słów od siebie. A potem pójść do współlokatora, porozmawiać o dniu w pracy i obejrzeć wspólnie serial. Bo na dłuższą metę byśmy zwariowali.

O tym wszystkim piszę nie dlatego, by się poskarżyć. By dać w jakimś stopniu do zrozumienia, że nie życzę sobie tego typu wiadomości. One będą się pojawiać. Każdą przeczytam. Na każdą postaram się coś odpowiedzieć. Ale to jedyna pomoc z mojej strony. Innej nie będę potrafił udzielić.


Nie mogę być odpowiedzialny za tych, którzy mnie oglądają – powiedział w ten weekend, również podczas BFG, Karol Paciorek. I ja się z tym zgadzam. Nie będę odpowiedzialny za tych, którzy mnie czytają. Ale mogę być odpowiedzialny za to, jak ja się zachowam, gdy otrzymam kolejną wiadomość, która znów uderzy mnie w tył głowy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz