środa, 12 sierpnia 2015

Zdesperowani w randkowaniu

Kadr z filmu "Ile waży koń trojański?"


Często, w związku z daną sytuacją, jesteśmy w stanie pójść na takie kompromisy, o jakie byśmy siebie nigdy nie podejrzewali. Gdy nie jemy przez dłuższy czas, w pewnym momencie zjedlibyśmy praktycznie wszystko. Byleby to napełniło nam żołądki. Przy ogromnym zmęczeniu bylibyśmy w stanie zasnąć w nawet najbardziej niewygodnym miejscu i w pozycji, której nikt nigdy nie osiągnął na żadnej jodze. Tak samo jest z życiem uczuciowym i samotnością.


U ludzi po dłuższym czasie samotności zanika instynkt samozachowawczy. W momencie, gdy ktoś się pojawia na horyzoncie, totalnie tracą głowę i wypluwają z siebie wszystko na tacę, którą podtykają danej osobie, mówiąc „masz”. Dwa wspólne serduszka na Tinderze, pierwsze spotkanie i historia smutków, rozterek i wszelkich lęków wciśnięta w menu między butelką wina, a talerzem spaghetti. Siedem dni znajomości i siedem telefonów, siedem sms-ów i siedem zagadań na Facebooku na każdy dzień.
Mówienie o związku, gdy nie pamięta się dobrze nazwiska oraz nie jest się pewnym, czy ten kolor oczu u drugiej osoby to niebieski, czy może jednak zielony.

Samotność potrafi sprawić, że ludzie dostają po prostu pierdolca i z fajnych, ogarniętych osób, stają się słupami z wytapetowanym plakatem o treści „Uciekaj ode mnie, nie zachowuję się normalnie”. Początek formularza

Mam znajomą, nazwijmy ją Martą. Marta znalazła na Tinderze bardzo fajnego gościa. Powiedzmy, że Marka. Marek miał fajną pracę, był ogarnięty życiowo kolesiem, a rozmowy o polityce i innych tematach szybowały swoją jakością w górę. Jednak między dyskusją o polityce, a czymś innym, Marek właśnie naszykował Marcie taką tacę ze wszystkimi „smaczkami”, które w sobie nosił od dawien dawna. Wywinął się na drugą stronę już na pierwszym spotkaniu, a gdy ono się zakończyło, uruchomił lawinę sms-ów, telefonów i pytań o wspólną butelkę wina w Marty mieszkaniu po 23.

I co z tego, że Marek jest naprawdę sympatycznym facetem. Że jeśli nawet brakowałoby chemii do związku, to mogłaby się z tego rozwinąć fajna i kumpelska relacja, która byłaby również bardzo cenna. Co z tego wszystkiego, skoro Marek zaczyna znajomość z wysokiego „c”, które rozpoczyna zwrot ‘chujnia emocjonalna’, a nachalność w kontaktach sprawia, że u Marty chęci na spotkanie topnieją tak szybko, jak lodowce. A jeśli już spotkanie, to najlepiej w tłumie. Pod okiem kamer. I uzbrojonych policjantów. Bo na pewno nie w Martowym mieszkaniu po tej 23.

Ludzie wierzą w porady i teksty, które mówią o tym, po jakim czasie skontaktować się, jeśli doszło do pierwszej randki. Ile należy odczekać, by nie wyjść na nachalnego człowieka, a z drugiej strony przyciągnąć lekką niedostępnością, która byłaby pod płaszczykiem wyluzowania i nie robienia wielkiego, podjaranego halo ze spotkania. Ja nie wierzę w te wszystkie rady, bo wierzę w coś innego – zdrowy rozsądek.

I jeśli jest wszystko okej na tym spotkaniu, jeśli klika i mamy całą paletę uśmiechów, spojrzeń i błysków w oczach, to nie ma problemu, gdy napisze się godzinę po spotkaniu – na przykład, dziękując za nie. Nie będzie niczym złym, gdy zadzwoni się na drugi dzień – ot tak pogadać, albo spytać się czy nie chciałoby się umówić raz jeszcze. Bo przecież są takie przypadki, że już w pięć minut po pierwszym spotkaniu ma się ochotę na kolejne. Teraz, zaraz, natychmiast, bo masz ochotę zjeść tę drugą osobę łyżką stołowa i delektować się każdą sekundą, bo cię to jara tak, że to aż niemożliwe.

Ale to wypala tylko wtedy, gdy dwie osoby czują to samo. I jeśli nie dzielisz się na wstępie wszystkim tym, co w tobie mroczne – bez żadnej refleksji, czy drugiej stronie będzie to odpowiadać. Bo to nie jest normalne. W pierwszym spotkaniu chodzi o to, by się dobrze bawić, zainteresować sobą, porozmawiać o tematach różnych, różnistych, szukając punktów zaczepienia. Nie może być tak, że jedna osoba czuje się jak psycholog, wysłuchujący drugiej, która równie dobrze mogłaby się położyć na kozetce z miną pod tytułem „posłuchaj i uratuj”.

Bo wtedy nie chce się niczego. I Marcie też się nie chciało. Bo została przytłoczona tym wszystkim już na wstępie. Dostała kopa w mordę i wyznania ciężkie na barki, które mogły przygnieść po całości.

W pewnym momencie samotność staje się tak ciężka do zniesienia, że niektórzy wyczekują tylko najmniejszego błysku szansy i nadziei, którego chwytają się kurczowo i desperacko. Ku zdziwieniu i przerażeniu drugiej strony. Dół formularzaNie mają w sobie tej świadomości wyważenia i równowagi. Nie umieją swobodnie i z gracją balansować na cienkiej linii, po przekroczeniu której wpadają w szufladkę „nie ma szans na cokolwiek”. Bo brakuje im tego wyczucia, dzięki któremu mogą stwierdzić czy druga strona tego chce. Wszystko się sprowadza do obopólnej chęci – pisałem już o tym w tekście „Na co można sobie pozwolić na pierwszej randce?”.

Jednak rozpaczliwe potrzeby potrafią przyćmić nawet najbardziej ogarnięte umysły. Wizja tego, że w końcu nie będzie się samotnie zasypiać, że będzie z kim zamówić pizzę w czwartkowe wieczory i do kogo pójść z butelką wina rozwala wszelki zdrowy rozsądek na kawałki. Bo desperacja wylatuje z każdego słowa, gestu, tonu głosu i spojrzenia.

Dlatego tyle związków rozpada się po stosunkowo krótkim czasie trwania. Bo nieważne, że nie ma w tym zbyt wiele jakości. Ważne, że coś jest. Tylko, że to nie są związki. To są najtańsze i najmarniejsze substytuty, po zakończeniu których czujemy się jeszcze gorzej niż przed ich rozpoczęciem. A wszystko przez tę nadzieję, że teraz się uda. Że trzeba brać każdą szansę i chwycić tego byka za rogi, bo może następnej już nie będzie.


Nie każda szansa jest tak naprawdę okazją. A żadna nie jest warta robienia z siebie zdesperowanej osoby.  


1 komentarz:

  1. "Nie każda szansa jest tak naprawdę okazją. A żadna nie jest warta robienia z siebie zdesperowanej osoby."

    Czytając ten wpis w głowie huczała mi jedna myśl... Mianowicie taka, że powinni to przeczytać wszyscy Ci, którzy zadają mi pytanie "dlaczego taka kobieta jak Ty jest tak długo sama?" (13 mcy po rozpadzie 5 letniego związku). Reaguje na te pytanie alergicznie, ale nie mam pretensji do tych, którzy je zadają i zastanawiają się co ze mną musi być nie tak. Szczerze? Owszem doskwiera mi samotność, ale jestem bardziej szczęśliwa teraz niż wtedy gdy byłam w związku, który ciągnęłam na siłę. Nie zachwyca mnie wizja samotnych wieczorów, ale nie będę zadowalać się byle jakością w postaci byle jakiego związku, z byle jakim seksem i byle jaką relacją, żeby tylko móc odhaczyć status na Facebooku "w związku z...". Czasami odpuszczamy na zbyt wielu frontach, zaniżamy swoje oczekiwania w stosunku do potencjalnego partnera i rzucamy się na pierwszego lepszego faceta pojawiającego się na horyzoncie. JA TAK NIE CHCĘ! :) i cierpliwie poczekam na tego godnego uwagi :)
    Tak z innej beczki...Uśmiechnęłam się pod nosem czytając ten fragment: "Nie może być tak, że jedna osoba czuje się jak psycholog, wysłuchujący drugiej, która równie dobrze mogłaby się położyć na kozetce z miną pod tytułem „posłuchaj i uratuj”. Jakie to życiowe... Przez ostatni rok bycia singlem, będąc na kilku randkach zauważyłam, że tak właśnie często to się odbywa. Pierwsza randka wygląda jak sesja terapeutyczna u psychologa. Panowie zaczynali spotkanie od omawiania tego dlaczego są sami. Lawina zwierzeń pod tytułem "dlaczego nie wyszło mi w poprzednim związku" gdzie wcale o to nie pytałam bo na tamten moment nie interesowało mnie to. Mimo to z miejsca zostawałam przytłaczana negatywnymi informacjami. (Panie wcale nie są pewnie lepsze i z pewnością są takie, które też wylewają swoje żale i smutki na 1 randce"). Jest to przykre zjawisko, bo ma się wrażenie, że ktoś potrzebuje się zwierzyć, a nie przeżyć miłe spotkanie z nutką podekscytowania poznawaniem siebie. Jest to temat rzeka więc nie będę się rozpisywać. W każdym bądź razie chciałam podzielić się taką małą refleksją, która mnie teraz naszła.

    Kiedyś przeczytałam, że najważniejszy związek w naszym życiu to związek sam ze sobą :)
    Drogie Panie - smakujmy życie i pamiętajmy o swoich potrzebach i pragnieniach.

    OdpowiedzUsuń