piątek, 7 sierpnia 2015

Nie ufaj wyborom kobiety

Kadr z serialu "Sutis" 

Kocham wszelkiej maści konsultantów telefonicznych. Nie, żebym jakoś fantazjował seksualnie o nich, gdy dzwonią do mnie raźno z rana, ale po pracy na słuchawkach ta sympatia oscyluje cały czas na określonym, pozytywnym dla nich poziomie. I gdyby nie dzisiejszy dzień, nic w tej kwestii by się nie zmieniło.


- Dzień dobry! – pełen entuzjazmu głos konsultantki przywitał mnie w momencie, gdy zastanawiałem się, który t-shirt wybrać dziś do założenia.
- No nie wiem, czy taki dobry.
- Oj, lewą nogą pan wstał? – konsultantka wyraźnie się zmartwiła.
- Gorzej, wypierdoliłem się z łózka – co akurat było prawdą, bo faktycznie z tego łóżka się koncertowo wyłożyłem.
- Muszę pana uprzedzić, że jeszcze raz pan użyje wulgaryzmu, to się rozłączę – konsultantka spochmurniała i przyjęła groźny ton.
- Przepraszam najmocniej, pani konsultantko, to się więcej nie powtórzy – skłamałem ja.
- Wierzę, że tak będzie – skłamała ona, a po chwili dodała – A wie pan, że może pan już mieć nowy telefon i umowę?

Wiedziałem. Doskonale wiedziałem, dlatego dyskretnie, by nie obrazić uczuć firmy z literką „T” w sobie, rozglądałem się po konkurencji, obserwując, co oni mogą mi zaoferować. Mama zawsze powtarzała mi, że zasługuję na wszystko, co najlepsze. Że mogę wszystko i jestem godzien, by owe wszystko osiągnąć i dostać. Niestety, chyba trochę przegięła, bo moje wymagania odnośnie nowego abonamentu i telefonu były na równi z postrzeganiem ideału kobiety przez pryzmat pornosów – delikatna księżniczka na co dzień, a w łóżku wyuzdana tygrysica, której nigdy się w pościeli nie nudzi, nie wie, co to ból głowy i piszczy jak pojebana przy najmniejszym dotyku. Eufemistycznie mówiąc – często osiągane jak szóstka w totku .

- Dostanie pan tablet do nowej umowy i do tego telefonu.
- Wolałbym małego kotka – odparłem, bo naprawdę chciałem kicię.
- Tabletu nie trzeba karmić i sprzątać po nim – przytomnie zauważyła konsultantka, a we mnie zaczęły narastać wątpliwości odnośnie kota. – I na tablecie może pan wejdź na fejsbuka. A kot takich opcji nie ma.
- Przerzucam się powoli na snapchata. A na niego z tableta też nie wejdę – zagiąłem ją i z dumą pomuskałem się po rachitycznym zaroście. – Poza tym – kontynuowałem – mam teraz ważniejszy problem od umowy. Nie wiem, jaki t-shirt wybrać do pracy.
- Bordowy – skąd wiedziała, że taki mam? – W bordowym zawsze do twarzy.

Wybrałem więc bordowy i jąłem szykować się do wyjścia, by zaraz wskoczyć raźno w limuzynę o numerze bocznym 189. Cały czas z panią konsultantką przy uchu, która w międzyczasie opisywała mi po kolei każdy model smartfonu, zachwalając jednocześnie tak, jakby wszystkie te aparaty leczyły raka i opóźniały wytrysk o dwadzieścia minut.

Jadę, a ona pierdoli do ucha. Jak robot. Może jest robotem? Przystanek „Astronautów”, a w uchu peany na cześć Samsungów. Stajemy na „Sasanki”, a ja słucham o tym, że LG jest świetny i jeszcze rok, dwa i te telefony zlikwidują problem głodu w Laosie. „PKP Służewiec”, a ona do mnie, że jeśli Nokię wybiorę, to praktycznie nie będę już potrzebować do szczęścia niczego – nawet dziewczyny.

Zmęczenie powoli zaczynało narastać, bo bardziej byłem gotów do tego, by zostać Świadkiem Jehowy, niż wybrać nową umowę. A początkowy plus postawiony konsultantce za pomoc w wyborze koszulki zaczął powoli topnieć, gdy odkryłem, że bordo kolor nie zgrywa się dość dobrze z napierdalającym słońcem i ogólnie, to lepiej było uderzyć w biele lub inne kości słoniowe.

- Panie Piotrze, podejmujemy decyzję – zawyrokowała i zrzuciła na mnie całą odpowiedzialność, która przygniotła mnie bardziej niż brzuchaty Janusz terroryzujący moje plecy swoim bębnem, przyciskając mnie do drzwi autobusu.
- Nie jestem gotów – wyszeptałem cicho, bo nie lubię, jak w komunikacji publicznej napieprza się rozmowami na pełen regulator. Wieśniactwo gorsze niż oglądanie Superjedynek na Festiwalu w Opolu.

Przejeżdżaliśmy Marynarską, a traf chciał, że przy niej jest siedziba tej wielkiej firmy z literką „T” na początku. I nagle słyszę:

- Panie Piotrze, proszę spojrzeć przez okno. I tak zawiesić wzrok na trzecim piętrze - autobus w międzyczasie zatrzymał się na przystanku „Wynalazek”.

Spoglądam przez okno, odszukuję trzecie piętro i, no kurwa, nie wierzę własnym oczom. W oknie stoi konsultantka trzymając słuchawkę przy uchu i macha do mnie radośnie, szczerząc się do mnie zza tej szyby.
- Panie Piotrze, jestem z panem w tej chwili. Pomogę panu w tej decyzji. Wiem, że wysiądzie pan zaraz na „Postępu” – kurwa, skąd?! – podbiegnę i porozmawiamy.

Zimny pot mnie oblał, bo ja rozumiem, że dzwoni, że pomaga w wyborze t-shirtu i ogólnie niezłomna jest, a całą tę marketingową gadkę wygłasza z takim namaszczeniem, jakby miała zaraz szczytować. Ale mama, prócz tekstów, że zasługuję na wszystko, dawała również te ostrzegające. Ostrzegała mnie przed pojebanymi laskami. I może 25 lat na karku już skończone i dorosłość, fundusze emerytalne, wizja kupna samochodu, i ogólnie wszystko, ale mamy trzeba słuchać. Nawet wtedy, gdy nie mieszka się z nią od wielu lat. Posłuchałem, bo czasem instynkt samozachowawczy szwankuje i pewnie bym poczekał na tę dzidę, żeby pomogła z telefonem.

Więc mówię, że nie. Że z obcymi nie wolno się spotykać i mama ostrzegała, i nieważne, że rozmawiamy już pół godziny, bo nie znaczy to, że to tak, jakbyśmy się znali. Bo ja nawet nie wiem, jaki kolor oczu ma, czy lubi kuchnię włoską, czy meksykańską, więc nie ma mowy o biznesowej randce na przystanku autobusowym.

Myślałem, że zrozumie, a ta zaczyna bawić się w syndrom oblężonej twierdzy. I do mnie z mordą, że co ja sobie wyobrażam, że zwodzę ją, mamię, daję nadzieję na zamknięcie umowy i ona już oczami wyobraźni widziała tę prowizję za mnie i te trampki od Conversa, co to je miała kupić za nią, bo jej się stopy męczą od tych szpilek zakładanych do pracy i kręgosłup szwankuje, i że desperacko potrzebuje czegoś z płaską podeszwą.

- Panie Piotrze, nie jest pan abonentem wartym poznania.

Odczekałem kilka chwil, a cisza wypełniła przestrzeń między nami. Po chwili, bardzo spokojnym i cichym głosem, delikatnym niczym czekolada milka mleczna, spytałem:

- Pani konsultantko, mogę coś powiedzieć?
- Tak? – jej głos zadrżał, jakby zaczęła się łamać ta tafla lodu obronnego i jeszcze chwila, a nadzieja na powrót do dobrych kontaktów rozsadzi tę oblężoną twierdzę.


- Pani wybór koloru t-shirtu okazał się chujowy. 


1 komentarz:

  1. Taka kobieta to skarb, najlepiej zakopać żeby nikt nie znalazł. Dla własnego dobra.

    OdpowiedzUsuń