niedziela, 26 lipca 2015

Dzięki bogu, jutro już poniedziałek

Kadr z serialu "Skins"

Czeka na ten wieczór cały tydzień. Cały tydzień przykładania karty do czytnika, który otwiera jej drzwi od poniedziałku do piątku o 9 rano. Cały tydzień chodzenia w dopasowanej, ołówkowej, która swym grafitem materiału pokazuje powagę, wiedzę i profesjonalizm.


Cały tydzień robienia prasówki na Messengerze, gdy zabija czas w autobusie leniwie kołyszącym się w drodze do jej pracy. Cały tydzień porannego odpisywania na stare wiadomości i zaczynania nowych. By wreszcie mogła otworzyć szafę i wyrzucić jej zawartość na łóżko w celu długiego lustrowania.

Cały tydzień czekania na ten moment, gdy włosy prostuje przed lustrem swej łazienki. Włosy tak samo proste, jak myśli, bo przecież nie o to chodzi, by zastanawiać się nad rzeczami wzniosłymi. Nie w tym rzecz dzisiaj. Beztroska, mały reset i wyłączenie umysłu. Zasłużyła pięciodniowym flirtem z komputerem i pracowniczym trójkątem z mailem, Excelem i drukarką.

Czarna kreska, czarny tusz, czarny obcas i czarna koronka, którą zapina, a następnie poprawia swój biust, upewniając się, że stanik jest idealnie do niego dobrany. Czarna torebka, czarne paznokcie i czarne drzwi, które się otwierają, gdy koleżanki przychodzą na bifor.

Wódka zmieszana ze spritem, Eska w tle i nienachalny śmiech tańczący w powietrzu. Między Eską, a łykiem ze szklanki jeszcze dopięcie sukienki, ostatnie pudrowanie i podciągnięcie rajstop, by nie zwijały się tuż nad kolanem.

I czerń taksówki, w której czuje się dobrze. Bo przecież nie wchodzi do niej z plikiem papierów i nie poprawia swych oprawek okularów, skupiając się na spotkaniu z klientem, które będzie miała za niecałą godzinę. Teraz jest lepiej, bo plik papierów zastąpiony jest małą kopertówką, oprawki okularów ustąpiły miejsca na rzecz soczewek – niebieskich, bo dosyć już ma piwnej barwy. I ten Andrzej łysy za kierownicą jest lepszy od tego Marka z wąsem z dnia powszedniego, bo do Marka nic nie mówi prócz adresu, a przy Andrzeju język rozwiązuje się momentalnie.
I jest wspomagany odwagą towarzyszek, które ciekawe są, czy Andrzej miał jakieś przygody seksualne z klientkami taksówek. I perlisty śmiech, i zagryzione usta, gdy niby pół żartem, pół serio rzucane są propozycje, by Andrzej skończył pracę na dziś i poszedł z nimi do klubu, a na klubie, kto wie, ta wędrówka wcale się skończyć nie musi.

Pewne wejście do klubu, odwieszenie kurtek do szatni i wzięcie numerka, który i tak wie, że z dużą dozą prawdopodobieństwa zgubi w ciągu nocy. I jeden szot, drugi, trzeci, i piwo w dłoń, by ruszyć przed siebie na parkiet, lawirując między rozgrzanymi i spoconymi ciałami. I ta muzyka, która zagłusza każdą myśl za co błogosławi cały ten klub. Bo przecież o to chodziło, o tym myślała przez cały tydzień stania nad ekspresem do kawy w pracowniczej kuchni.
By nogi same poniosły ciało do muzyki. By uśmiechać się i kusić swym ciałem, nad którym pracuje wieczorami w siłowni lub na chodniku, biegnąc przed siebie z muzyką ze Spotify w uszach. To jest jej wieczór, w którym nie ma miejsca na kompromisy. Będzie tak, jak ona zadecyduje. I ta wódka i piwo, które już buzują w krwiobiegu nie są w stanie tego zmienić.

Bo zdaje sobie sprawę z tego, że jest na arenie, na której ofiary spotykają się z myśliwymi, którzy skropleni perfumami i z rozpiętym guzikiem koszuli łapią wzrokiem na lasso i przyciągają swym uśmiechem. Ale ona nie jest ofiarą. Nie dziś. Jest myśliwym, mimo że bardzo łatwo o odwrócenie w tym miejscu ról, a alkohol przecież nie pomaga w balansowaniu podczas polowania.

I w końcu nie wie, kto kogo zdobył, gdy czuje swoją dłoń w taksówce na wewnętrznej stronie uda. Nie wie, czyje w tej sytuacji jest na wierzchu, gdy Franz Ferdinand w mieszkaniu komponuje się łoskotem zrzucanych z biurka rzeczy, by zrobić dla niej miejsce. Nic już nie wiadomo w całej plątaninie ciał, szarpnięć, westchnień i przymkniętych powiek i tych paznokci wbijających się w jego plecy, a w jej biodra.

I jeszcze tylko rano się wymknąć, zbierając obcasy między palce. I znaleźć aptekę, by małe opakowanie alka seltzera nabyć, bo już czuje ten wirnik w głowie, od którego chodnik zwija się w serpentynę. Rozebrać się, rzucić majtki do kosza z bielizną i rzucić się nago do łóżka – już swojego – by zasnąć na kilka godzin.

A potem prysznic, coś lekkiego do zjedzenia, cała butelka wody mineralnej, dwie krótkie opowieści z wizyty w klubie z lekko zmodyfikowaną wersją bez prawdy o końcowej fazie. Dwa odcinki serialu, papieros na balkonie, który nie wchodzi tak dobrze, jak jeszcze wczoraj i to zawieszenie i mgła wątpliwości czy mieć wyrzuty sumienia, czy nie.


Czekała na to cały tydzień. Dzięki bogu, jutro już poniedziałek. Można zacząć odliczanie na nowo. W grafitowej, ołówkowej i w piwnych oczach.


1 komentarz:

  1. Łał... ależ Ty potrafisz wciągnąć czytelnika. Jestem u Ciebie po raz pierwszy i już wiem ze nie ostatni. Przeczytałam jednym tchem a na koniec chciałam zobaczyć komentarze innych do tekstu a tu nic:/ Tak więc ja zostawiam swoje pochwały ochy i achy. Tak trzymaj

    OdpowiedzUsuń