niedziela, 14 czerwca 2015

Napisałem do ciebie list

kadr z filmu "Pod Mocnym Aniołem"


Kupiłem specjalną, pachnącą papeterię w sklepie papierniczym i z lubością przesuwałem po czerpanym papierze opuszkami palców, delektując się jego fakturą. Wyciągnąłem z szuflady biurka zakurzone pióro, które ostatnio było używane przeze mnie jeszcze w czasach szkoły podstawowej. Upewniłem się, że działa i zacząłem nieporadnie kreślić słowa, które wraz z każdym kolejnym zdaniem stawały się gładsze i miały coraz piękniejsze zawijasy.


Pisałem ten list od kilku miesięcy.  Pisałem go piórem wyobraźni, gdy trzymałem się kurczowo rurki w wagonie metra, które wiozło zaspanych mieszkańców Warszawy do swojej pracy. Wnosiłem poprawki, gdy pokonywałem drogę powrotną – często z tymi samymi ludźmi, co o poranku. Wymazywałem słowa i zastępowałem je innymi, gdy z papierosem między palcami spoglądałem na sztuczny stawik obok mojego biurowca.

Zapisywałem zdanie po zdaniu na chusteczkach i serwetkach kawiarni. Pisałem patykiem na nadwiślańskiej plaży najpiękniejsze słowa, jakie kiedykolwiek ten piasek przyjął. Opanowywałem chaos słów i wszystkich informacji, które chciałem ci przekazać, gdy obok burzy w głowie miałem burzę potarganych przez wiatr włosów w czasie szybkiej jazdy rowerem od Dworca Gdańskiego w stronę Placu Wilsona.

Wystukiwałem pojedyncze litery na twojej skórze przy pomocy moich opuszków – niczym specjalnym alfabetem Morse’a. Na obojczyku było „a”, by po chwili w okolicy twoich żeber wymuskać trzy inne litery, które miały sens tylko wtedy, gdy łączyły się one z literką „z” wyszeptaną na wewnętrznej stronie uda.

Czekałem na obiady, stojąc przed food truckami, a oczekiwanie zabijałem gonieniem przecinków i kropek, które starały się uciekać przede mną.
Rozmazywałem niewidzialny tusz alkoholem, który radośnie i niebezpiecznie szybko buzował w żyłach, gdy o wschodzie słońca wychodziłem z nocnego autobusu. Wycierałem mokre kartki ręcznikiem – tym, którego używam po kąpieli, bo przecież i pod prysznicem miałem cały czas w głowie otwarty edytor tekstu dla ciebie.

Spisałem w swej głowie kilka opasłych tomów. Po jednym dla pragnień, oczekiwań, nadziei. Były tam całe rozdziały o lęku, smutku, ale też o radości i czystym szczęściu. Wplotłem między wierszami kilka informacji o wspólnym mieszkaniu i podróżach do Ikei po najróżniejsze rzeczy – najczęściej takie, których w ogóle byśmy nie potrzebowali, ale ze względu na ich piękny wygląd, znalazłyby się one w wózku.

Było jakieś wspomnienie o zoo i wyprawie nad morze. O spacerach i drinkach w ciepłe, letnie dni. I o kocu dla dwojga wtedy, gdy deszcz bębni o parapet i rozbija się na szybach okiennych. O łzach i ściśniętym gardle, gdy te łzy zaczynały migotać w kąciku oka. O uczuciu bezdechu i ciężkich, ołowianych nogach. O tym, gdy serce pod gardło podchodzi, a mózg krzyczy, by uciec jak najdalej stąd – nieważne gdzie.

To był długi list. Ale tylko w mojej głowie. Przygotowaną papeterię schowałem do szuflady.


Będę żałował. 


3 komentarze:

  1. Już kilka razy sama pisałam taki list. Z drżącą dłonią, nad kartką papieru zastanawiałam się jak zacząć, chociaż w głowie milion pomysłów, ale żaden tak doskonały jakbym tego chciała. A dzisiaj? Wciąż ta sama kartka i to samo pióro czekają w szufladzie na odpowiedni moment.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś napisałem taki list, który przekazałem. Pozwolił mi on oczyścić swoje wewnętrzne ja.
    Warto napisać, nawet jeśli go nigdy nie wyślemy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Listy miłosne, im dłuższa i większa miłość tracą sens. Nie ma sie tego ubrac w slowa

    OdpowiedzUsuń