wtorek, 14 kwietnia 2015

Działam na opak

kadr z filmu "Lost in translation"


Ostatnio nie umiem nic i robię wszystko na opak. Chcę dobrze, ale nie wychodzi. Czasem się złoszczę z tego powodu, innym razem smucę. A zamiast wziąć się w garść i stwierdzić, że może trzeba dany temat ugryźć z innej strony, bardziej uporządkowanej, robię wszystko cały czas w ten sam, zły sposób.


Tak samo z tym, co czytasz. Treść tych słów nie była pierwszą rzeczą, jaką się zająłem w związku z dzisiejszym wpisem. Ostatnio najpierw krążę po liście filmów, które mogłyby poczęstować mnie kadrem, będącym ilustracją danego tekstu. Lubię spokojne produkcje. Takie, gdzie nieznośna lekkość bytu miesza się z lenistwem, minimalnym zawieszeniem nad ziemią. Gdzie dominują pastelowe, delikatne kolory. Gdzie na oko kamery czasem nakłada się przyciemnione szkiełko.

I gdy te słowa pojawiają się u mnie w Wordzie, obraz mam już wybrany. Baza obejrzanych przeze mnie filmów na Filmwebie została skrzętnie przeczesana. Bill Murray czy może Evan McGregor? Ukochane Lost in translation czy też produkcja z niesfornym Szkotem, któremu znakomicie wychodzą filmy, w których gra delikatnych i uczuciowych mężczyzn.  Akcent niewątpliwie dodaje mu uroku.

Kiedyś stwierdziłem, że w alternatywnej rzeczywistości, w której byłbym gejem, z chęcią przespałbym się z McGregorem. Albo pocałował. Większość filmów z nim mnie fascynuje. Sprawia, że odczuwam zaintrygowanie i zaciekawienie, które z granych ról przechodzą już bezpośrednio na aktora. Heteroseksualny bloger, który uwielbia pończochy, koronki, szminki i kobiece westchnięcia jara się Szkotem. Nie tyle, co fizycznie, ale intelektualnie. Ot, znów coś na opak.

Ale dziś nie czas na kadr z nim. Musi ustąpić genialnym obrazom filmu Sofii Coppolii. Scarlett Johansson, do której mam jakąś nieopisaną słabość i Bill Murray, którego przy pewnej bliskiej mi osobie określam mianem ‘ulubionego żula Hollywood’. Niech będzie ten kadr, na którym rozmawiają w hotelowym barze. Niech palą papierosy, piją whisky i siedzą plecami do krajobrazów Tokio, w którym przyszło im bywać. Lekko nieostry, ciut za dużo ziarna. Ale nie szkodzi. Może tak ma właśnie to wyglądać dzisiaj.

Niech nie będzie idealnie, bo przecież sam film traktuje o czymś, co chyba najbardziej od ideału odbiega. O samotności. Piękna, wielobarwna opowieść o największym lęku człowieka. Dwójka nieznajomych sobie ludzi znajduje się nagle w tym samym czasie i miejscu, przeżarta tymi samymi lękami, które jednak ujawniają się inaczej i zaczynają rozmawiać. Słowa doprawiane są alkoholem i tytoniem. I mogliby tak bez końca, bo łączy ich niezrozumienie do tego, co dzieje się wokół i poczucie, że wszystko toczy się tak obok, bez ich większego udziału.

Kto z nas by tak czasem nie chciał? Dać się wciągnąć na chwilę w pewnego rodzaju szaloną sytuację, w której nagle z obcą osobą łączy nas więcej niż z wszystkimi ludźmi, których znamy. Nawet, jeśli to w gruncie rzeczy jest tylko iluzją, a obraz fałszuje pierwsze, często na wyrost pozytywne wrażenie. Kto nie chciałby zrobić coś szalonego podczas takiego spotkania. Wbiec na dach, włamać się gdzieś, zrobić coś, co nie jest zgodne z panującymi na co dzień konwenansami. Ja bym chciał.

Chciałbym znaleźć się w świecie, gdzie Murray rozmawia ze Scarlett. W rzeczywistości, w której na chodniku mijam tego smutnego McGregora. Obudzić się w swoim łóżku wiedząc, że postawię swoją stopę w krainie wypisanej słowami przez ukochanego Murakamiego. Mieć pastelowe powietrze wokół i to przyciemnione szkiełko od czasu do czasu – zamiast lekkiego półmroku. Zgubić się właśnie między słowami. Flirtować kontekstem, znaczeniem i uśmiechem do tej nieznajomej osoby. Po to, by móc wrócić do własnego świata i spojrzeć na wszystko jeszcze raz – z innej perspektywy.

Bo może wtedy to, co wydawało się na opak, jest w gruncie rzeczy właściwą ścieżką działania. Może najpierw trzeba zgubić się w bałaganie myśli, słów i czynów, by wiedzieć, jak to wszystko poukładać. Jak siebie poukładać.


I może wtedy uda się ruszyć do przodu. I pisać pierw teksty, a dopiero później dobierać do nich kadry. 


4 komentarze:

  1. Boże, jaka to ulga przeczytać dziś coś dobrego i nieszowinistycznego napisanego przez mężczyznę blogera!
    Przywracasz wiarę, dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba mam dzisiaj podobny nastrój. Albo nie tylko dziś... dzięki Oko, trafiłeś w samo sedno.

    OdpowiedzUsuń
  3. No coz nie pozostaje nic innego jak tworzyc wlasna rzeczywistosc ... Murakamiego nie kupuje, ale Szkota biore bez dwoch zdan :) Dobrze dobierasz kadry poniewaz akurat ten mnie zainttygowal. Dlaczego Bill skoro piszesz o Evanie :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń