środa, 28 stycznia 2015

Zimą składam się z samych lęków

Kadr z filmu "33 sceny z życia"


Przyprószyło śniegiem. Nie na ulicach czy chodnikach. Nie ma go na parkowych alejach, a pod jego ciężarem nie uginają się gałęzie drzew w lasach. Śnieg jest we mnie. Osiadł pod powiekami, przykrył bielą kości obojczyków i zmroził wszelkie możliwe arterie.


Pamiętasz moment, gdy było w nas lato? Gdy z siłą wybuchów miliona słońc potrafiliśmy rozkwitnąć ponad wszystko, co było dokoła nas. Jak boso mogliśmy przejść się po trawniku codzienności, czując lekkość, od której prawie unosiliśmy się kilka centymetrów nad ziemią. I nikt, i nic nie potrafiło nas ściągnąć na powierzchnię i powiedzieć, że to już nie pora na bujanie w chmurach. Bo my z lekkością bytu szybowaliśmy w górę i sięgaliśmy gwiazd, uważając, że nic nas nie ogranicza – nawet niebo.

Nikt nie przewidział, że to się wszystko tak szybko skończy. Że zaraz przyjdzie zima, na którą nie byłem przygotowany. Bo nagle jestem po pas w śniegu i duszę się od mroźnego powietrza, wyciągając ręce do tego nieba, które jeszcze niedawno było tak blisko mnie. Ulepiłem bałwana i wtłoczyłem w niego wszystkie swoje obawy, każdy strach, który mogłem z siebie wyrzucić. Podobno warto zmaterializować swoje lęki, bo mówią, że strach ma wielkie oczy. Że z dużej chmury mały deszcz i nie ma czego się bać. To dlaczego wciąż przeszywa mnie niepewność, gdy spoglądam na tę białą figurkę?

Dlaczego gnę się w kolanach i myślami uciekam do ciepła, którego dawno już we mnie nie ma? Nie jest dobrze, gdy słońce świeci tylko przez chwilę. To za krótko, bym mógł się ogrzać i stawić czoło godzinom, podczas których księżyc wędruje po niebie. Coś w tym jest, że blue monday wypada w styczniu. Też masz wrażenie, że niebieskość tego poniedziałku rozlała się na wszystkie zimowe dni w kalendarzu? Zastąpiła rumieńce na policzkach, zmatowiła błysk w oku. Zabarwiła nasze usta na siny odcień, którego nie zmyje u mnie żadna gorąca herbata, a u ciebie nie pomoże nawet czerwień szminki.

I tylko marzę o tym, by kartki z kalendarza spadały tak szybko, jak szybko spadają jesienne liście. Żeby chociaż wyczuć najdelikatniejszy zapach wiosny. By móc się nim zachłysnąć, by coś w końcu drgnęło, bo na razie na jawie śnię snem zimowym i czuję, że życie toczy się obok mnie, a ja od dawna nie jestem już jego uczestnikiem. Bo wpadłem w tę mroźną bańkę, której nie mogę przebić ani krzykiem, ani waleniem zgrabiałych od zimna dłoni.

I wierzę, że tylko ty masz tę igłę, od której ta przeszkoda pęknie. Że tylko ty jesteś w stanie sprawić, by cała niepewność, z której jestem dziś stworzony, rozpłynęła się w powietrzu niczym dym z papierosa. Nie chcę składać do snu oszronionych powiek. Nie mam już siły, by strząsać śnieg z włosów przy każdym porannym spojrzeniu w lustro. Nie mogę codziennie odklejać każdej obawy od siebie niczym strupów, bo nikt, w tym ja, nie zasłużył na to, aby być potem pokryty szeregiem blizn.


A skoro zimą składam się z samych lęków, to potrzeba mi ciebie.
Byś mogła poskładać mnie na nowo. 


8 komentarzy:

  1. całkiem dobrze sie czyta do piosenki Edyty Bartosiewicz "Moja ulubiona pora roku"

    OdpowiedzUsuń
  2. wnikliwy tekst, piękny i smutny. ale mimo to cieszę się, że tutaj trafiłam. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Skojarzyło mi się z tą opowieścią: https://www.youtube.com/watch?v=IgwgMO689Lg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja ulubiona etiuda z całego filmu.

      Usuń
    2. A mi ostatni wers kojarzy się z FISZem https://www.youtube.com/watch?v=ZCx0X2YSd1M

      Usuń
  4. Piękny tekst, bardzo inteligentny, poetycki... po prostu mocny. Super.

    OdpowiedzUsuń