czwartek, 4 grudnia 2014

Umieram, bo biegam

kadr z filmu "Forrest Gump"



Widzę ich na chodnikach. Mijam w parkach, na jakichś leśnych ścieżkach. Na Facebooku oglądam ich medale i puchary. Śledzę drogi wytyczone przez Endomondo. I za każdym razem, gdy widzę te szczęśliwe, czerwone twarze, to myślę sobie: ludzie, jesteście świrami.


Bo jak już zaczniesz biegać i wciągniesz się w to, to kaplica, mój drogi. Krzyż na drogę tym, którzy się dziwią i sprzeciwiają. Nie ma cię, bo wpadasz w krainę biegania, w której jesteś szczęśliwy i nie myślisz w ogóle o jej opuszczeniu. I szczerze podziwiam tych, którym się chce. Nie ma, że słońce parzy, powietrze stoi, a w cieniu ponad trzydzieści stopni. Nie ma, że śnieg, grad, deszcz, błoto i Jarosław Kaczyński na billboardach z filuternym spojrzeniem. Deadline goni, obowiązki się piętrzą, seriale czekają i wyciągają łapki z tekstem „obejrzyj mnie” – to wszystko nic. Bo zawsze trzeba znaleźć tę małą godzinkę, by założyć buty i zacząć ciąć powietrze w truchcie.

I im bardziej tych ludzi podziwiam, tym bardziej mi się chce. Czasem się naginam i wbrew zaleceniom kierowanym przez zdrowy rozsądek, nakładam buciki i wyruszam ku flirtowi z bieganiem. Właściwie, to słowo flirt jest dość niefortunne w moim kontekście. Odpowiedniejszym będzie gra o życie lub śmierć.

Bo po każdych pierwszych pięciu minutach nienawidzę siebie za to, że w ogóle podjąłem się próby. Następne pięć minut przeznaczone jest na nienawiść do całego świata. No bo jestem w nim w pozycji biegającej łamagi biegacza. Trzecia pięciominutówka to niezdarne łapanie powietrza. Niczym karp, którego wyciągnęło się z wody. Zauważ jednak, że karp ma lepiej. Bo on sobie leży i się dusi. Ja się duszę, a na dodatek powłóczę nogami. Po kwadransie zaczynam płakać, bo nie wziąłem ze sobą komórki i nie mogę zadzwonić na pogotowie z prośbą o pomoc.

I jeśli mam siły, by bez pomocy ratowników wrócić do mieszkania, rzucić się na łóżko i nie wpaść w śpiączkę, to czuję się zwycięzcą. A na drugi dzień powtarzam to samo. Na słuchawkach Cyberpunkers i ich ‘Fuck the system’, w moich myślach krzyk ‘Fuck me’, bo znów się do tego zmuszam. I nagle, po jakimś czasie, poczucie zwycięstwa zamienia się w poczucie bycia frajerem, bo jeszcze nie udało mi się osiągnąć tego stanu, w którym to do domu wracam z uśmiechem i w pozycji wyprostowanej. Tyle prób, tyle porażek, które za każdym razem kończą się stwierdzeniem „pieprzyć, zostanę gruby i umrę na miażdżycę, nie szkodzi”.

Poczucie winy, które wywołują we mnie internety pełne artykułów o korzyściach z biegania zabijam papieroskiem. Wina znika całkowicie, gdy dochodzę do wniosku, że na każdą porcję nikotynki muszę wyjść z mieszkania. A skoro wychodzę, a potem wracam do niego, to już mamy ruch. Jestem na świeżym powietrzu, więc pełnia zdrowia. A jak się raz nie zaciągnę do płuc, to już w ogóle czuję się taki zdrów i pełen werwy.

Podziwiam biegaczy i gratuluję im tej siły i motywacji, dzięki którym hasają sobie na świeżym powietrzu. I jeśli są szczęśliwi, to świetnie – cieszę się ich szczęściem. Ale nie mogę patrzeć na te osoby, które z biegania zrobili swoją religię w fanatycznej odmianie. Dzień bez foci na trasie dniem straconym. A jak nie wrzucą na Fejsa swojej trasy z Endomondo, to czują się depresyjnie. A spróbuj z takimi porozmawiać o czymś innym niż o bieganiu. To mogą być jakieś inne tematy? – zapytają, unosząc brwi w zdziwieniu.

A i ogromnie chichram się z tych, którzy wszystkich informują z werwą głoszenia kazania bożego, że dziś lub jutro zaczynają biegać. Że patrzcie – oto moje buciki, tu moja czapeczka, a tutaj specjalna bluza, która nie tylko oddycha, ale również sprawdza najnowsze notowania giełdowe na Wall Street, a potem sama idzie do pralki, sama się pierze i odstawia na wieszak. Za jedyne kilkaset złotych. Dwa, trzy dni pompy Facebookowej – zdjęcia, statusy, migawki z trasy. Tutaj czółko spocone, tam płyta z ćwiczeniami Ewy Chodakowskiej. No i po tygodniu tyle pamięta o tym bieganiu, co ja o tym, jaki był śnieg 10 lat temu. A kilka stów zaczyna w szafie łapać kurz. Moje gratulacje, milordzie.


Biegajcie, ile chcecie, bądźcie świrami, cieszcie się tym i niech wam endorfinki i inne dobre hormony przedłużają życie. Ja zapewne będę łamał się wielokrotnie i zaczynał proces umierania, ale w gruncie rzeczy, to kibicuję wam mocno – ze swojego łóżka. No bo wiecie, te seriale nie przestały wyciągać łapek i nadal wołają. 



5 komentarzy:

  1. Widzisz - nie idzie Ci, bo nie zabierasz ze sobą telefonu, więc Endomondo nie notuje trasy. A Ty nie masz się czym pochwalić. Zupełnie, jak ja.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bieganie jest super, ale seriale zdecydowanie wygrywają ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Keep going... albo raczej running :D :D :D

    OdpowiedzUsuń
  4. lubię Twoje pisanie, Piotrze (;
    ostatnio wstałam rano żeby pobiegać z myślą o tym, że poczuję się potem jak młody bóg. efekt? czułam się jak niewyspany człowiek po przeszczepie płuc.

    a pomyśleć, że wiosną udało mi się wkręcić w bieganie na 1,5 miesiąca regularnych treningów... mogłam przebiec aż... 3 km. nie wiem co jest nie tak z moją kondycją, ale teraz z tęsknotą to wspominam bo znów wystarcza mi jej na 30 metrów ;p

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja akurat nie jestem nałogowym biegaczem, ale lubię biegać dwa razy w tygodniu dlatego, żeby mieć lepszą wydolność na treningach sztuk walki. Też paliłem lecz postanowiłem rzucić palenie na rzecz lepszego samopoczucia i kondycji, więc polecam Ci to Piotrze w 100% :)

    OdpowiedzUsuń