wtorek, 30 grudnia 2014

To był udany rok

kadr z filmu "W pogoni za szczęściem"


Pańska obecność na tych zajęciach nie ma już większego sensu.

Usłyszeć takie zdanie jest dosyć nieprzyjemnym doświadczeniem. Usłyszeć przy pełnej sali ćwiczeniowej jest jeszcze gorsze. Bo co możesz zrobić? Zamaskować uśmiechem swoje zakłopotanie, spakować notatnik do torby i wyjść, żegnając się uprzejmie? Właściwie tylko tyle. I ja tak zrobiłem, bo miałem niechlubną przyjemność być odbiorcą tego komunikatu. Cztery jednostki ćwiczeniowe na cały semestr – tylko cztery. Pojawiłem się dopiero na trzeciej– słabo, wiem. Jednakże, jak czas potem pokazał, wyrzucenie z zajęć było najlepszą rzeczą, jaka mnie spotkała podczas całego okresu studiów.


Bo dzięki temu miałem możliwość przychodzenia na konsultacje do osoby, która mnie z tych zajęć usunęła. Bo musiałem napisać pracę zaliczeniową, dzięki której mógłbym przejść przez te ćwiczenia. A gdybym nie witał na dyżurach u tego człowieka, nigdy nie miałbym z nim krótkich pogadanek, które były najbardziej wartościowe, jakie miałem przez cały 5-letni okres chodzenia na kampus Morasko w Poznaniu.  Człowiek ten miał tak genialne spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość, łączył jedne punkty z drugimi (a zdawałoby się, że są one nie do połączenia) i tworzył z nich genialną całość.

Przez kilka wizyt siłowaliśmy się ze sobą odnośnie tematu pracy. On chciał recenzję artykułu naukowego, ja szedłem w inną stronę. On chciał fakty, teorie i akademickie źródła, ja pragnąłem szukać tematów, które były jedynie inspiracją zajęć (Kultura w Azji Wschodniej i Południowej). W końcu się udało i napisałem swoją najlepszą pracę w życiu – „Muzyka w wybranych dziełach Harukiego Murakami”. I do teraz pamiętam ten moment, gdy po zarwanej nocy oscarowej i dwóch godzinach snu, tworzyłem o tej muzyce. Wertowałem kartki książek, w tle leciały utwory, o których pisałem, o ich znaczeniu, sensie, wpływach. I mimo zmęczenia, goniącego mnie terminu oddania (bo a jakże, robiłem to w dniu, w którym tę pracę musiałem oddać), pisałem to wszystko z uśmiechem na twarzy. I naprawdę duma mnie rozpierała, gdy mogłem potem usłyszeć, że to, co stworzyłem, jest bardzo dobre.

Na ostatnim spotkaniu usłyszałem jedno zdanie „Pan, Panie Piotrze, chce zrobić zbyt wiele rzeczy na raz i wychodzi z tego chaos.” Te słowa nosiłem w sobie przez kilka dni – rozgryzałem je, rozkładałem na czynniki pierwsze i analizowałem pod każdym możliwym kątem. I wiecie, co? Miał rację. Chciałem za dużo, zbyt mocno, zbyt chaotycznie – bez ładu i składu, żadnego planu działania. Nie jest rzeczą złą chcieć wiele, żądać wręcz całego świata. Pytanie tylko, jak tego chcemy. Czy plan na osiągnięcie wszystkich rzeczy ma ręce i nogi? Czy jest spójny, odpowiednio rozłożony w czasie? Wziąłem sobie do serca jego słowa i zacząłem na spokojnie planować – krok po kroku, segment po segmencie, etap po etapie.

I ten mijający rok jest pierwszym, gdzie wszystko zaczynam układać sobie tak, by chaosu nie było. Spotkało mnie mnóstwo świetnych spraw, poznałem wspaniałych ludzi, pozamykałem kilka etapów, by z nadzieją w sercu rozpocząć nowe. Dla przykładu – nie mieszkam już w Poznaniu, a w Warszawie, o czym w głębi serca marzyłem od wielu lat. Dałem sobie kopa w tyłek i z każdym miesiącem staram się rozwijać ze swoimi zainteresowaniami i pasjami. To samo z blogiem – cały czas się staram, by było lepiej – więcej, ale bez obniżki jakości, zgrabniej literacko, żeby mogło to procentować coraz większą rzeszą odbiorców.

A dzięki temu, że piszę, miałem okazję przeżyć mnóstwo fantastycznych momentów w tym 2014 roku. Bo blogowanie było jednym z większych pozytywów ostatnich dwunastu miesięcy. Niepozorne zajęcia (Czy blogerzy mają władzę?) w podziemiach wydziału filologii polskiej w Poznaniu pozwoliły mi spojrzeć na siebie krytycznym okiem. A takie coś bardzo mi się przydało, bo dzięki temu wiedziałem co chcę osiągnąć - w jakiej perspektywie czasu i jakimi środkami do tego dojść. Jest to do ogarnięcia w dłuższej perspektywie czasowej niż rok, ale to, co się działo od stycznia do grudnia przyniosło mi ogromną frajdę – większą niż myślałem.

Bo mogłem pojechać na See Bloggers w sierpniu (w styczniu też jadę!), pojawić się na Blogowigilii. Poznać masę genialnych osób, porozmawiać z nimi (z niektórymi dłużej, z innymi krócej), wymienić poglądami, pośmiać, pożartować, dowiedzieć bardzo ciekawych rzeczy. Do kompletu brakuje jeszcze wizyty na Blog Forum Gdańsk, ale mam nadzieję, że za rok będzie to osiągalne. Jakbym teraz ja miał decydować o swoim przyjęciu, to po lekturze formularza kwalifikującego, wysłałbym siebie w kosmos. Jedną z rubryk byłą ‘Twój największy sukces związany z blogowaniem”. Napisałem, że udało mi się stworzyć tekst o kobiecości, który zdobył ponad sześćset lajków. No naprawdę, Piotr, weź idź sobie i się utop – tak teraz myślę. To jest twój największy sukces? Zobaczcie, mamy grudzień, a tamte słowa wystukałem trzy miesiące temu – we wrześniu. Tyle zmian następuje we mnie, tyle różnych procesów.

Bo teraz wiem, że byłem głupiutki. Sukces liczony w lajkach – owszem, pod jakimś kątem można na to spojrzeć w ten sposób, ale to nie jest esencją. Dziś wiem, że napisałbym zupełnie coś innego. Największy sukces? Poznanie tylu świetnych osób, z którymi mogę wymieniać się poglądami na różne tematy. Których mogę czytać, a którzy czytają również i mnie. Masa nieprawdopodobnej, pozytywnej energii, która z nich bije, a która i mi się udziela. To jest ten sukces – wejść wśród ludzi, którzy inspirują, a których możesz i ty inspirować. To jest ta magia, dzięki której wiesz, że znalazłeś się we właściwym miejscu i gronie osób, które cię otaczają. Szczęśliwym człowiekiem jest ten, który potrafi takich ludzi odnaleźć.

Wiem, czego chcę. Wiem, że nie mogę, by chaos i lenistwo zdominowały moje pragnienia osiągania różnych celów, które sobie wyznaczyłem. Wiem, jakich ludzi chcę mieć w swoim otoczeniu i kim się inspirować.
Ten rok mnie nauczył, by z odwagą sięgać po to, czego pragnę. Jest świetnie, ale może być jeszcze lepiej.

Gonię za szczęściem.

A Ty?


4 komentarze:

  1. Nie gonisz, tylko tworzysz :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zainspirowało mnie to. Też chcę gonić za szczęściem.

    OdpowiedzUsuń