niedziela, 7 grudnia 2014

Tam jest inny świat - wystarczy przejść przez kotarę

Kadr z filmu "Osiem milimetrów"




Warszawa tego dnia była nadzwyczaj mroźna. Ludzie w pośpiechu mijali się na chodnikach, chcąc jak najszybciej znaleźć się gdzieś, gdzie chociaż przez krótką chwilę byłoby trochę cieplej. Obłoki pary z ich ust unosiły się w powietrzu, by po kilku sekundach mogły rozmyć się bez śladu. Pałac Kultury, hotel Marriott – wszystkie wysokie budynki urywały się w połowie i znikały w gęstej mgle.
Obserwując wczesno wieczorny zgiełk w centrum, z trudem pojmowałem, że zaledwie pięć minut piechotą stąd, może znajdować się inny świat. Świat, w którym tylko niewiele osób postawiło do tej pory swoje stopy. Świat, o istnieniu którego większość ludzi nawet nie wiedziała.


Że istnieje takie miejsce w Warszawie, dowiedziałem się od Em. Rozmawialiśmy o artykule, który opisywał ukryte puby w stolicy. Takie, które działały na zasadzie pewnej ekskluzywności, gdyż nie reklamowały się nigdzie, a dowiedzieć można było się o nich dzięki poczcie pantoflowej. Ukryte wejścia, na przykład przez wypożyczalnię DVD, aura tajemnicy – to wszystko sprawiało, że takie lokale kusiły. To Em powiedziała mi, że gdzieś w Warszawie znajduje się kino dla dorosłych, do którego można było wejść przez sex shop. Gdy dowiedzieliśmy się o jego nazwie i mogliśmy je odszukać na mapie, postanowiliśmy tam pójść.

Ciekawość potrafi być silnym bodźcem. Zwłaszcza, gdy miesza się ona ze strachem i podnieceniem. Wiedzeni tymi emocjami, stanęliśmy przed bramą kamienicy i wzięliśmy głęboki wdech. Mroźne powietrze wypełniło nasze płuca. Nie wiem, jak ona, ale ja delikatnie drżałem. Nie z powodu temperatury, a adrenaliny i niepokojącego podniecenia, które wypełniały wtedy moje ciało.

Przeszliśmy powoli przez bramę i korytarz, które czasy swojej świetności przeżywały co najmniej kilkadziesiąt lat temu. Znaleźliśmy się na ciemnym dziedzińcu i z uwagą wyszukiwaliśmy tych właściwych drzwi, po przekroczeniu których nie miało być już odwrotu.

Każdy krok po schodach był stawiany niepewnie. Każdy stopień zwiększał emocje, które w nas siedziały. Przywitał nas człowiek za ladą. Ubrany na wzór recepcjonisty z amerykańskiego hotelu z przełomu lat 40. i 50. Niewielkie, ciasne pomieszczenie. Pod ścianami piętrzyły się stojaki z filmami. To one w głównej mierze wypełniały przestrzeń. Gadżetów było niewiele.

Za ile człowiek jest w stanie wyrzec się swojego tabu? Czy zapragnie on być w miejscu, gdzie wszystko jest dozwolone? Tutaj miał taką możliwość. Wystarczyło położyć na ladzie 15 złotych i odebrać paragon, który pełnił rolę biletu. Kobiety mogły wejść za darmo. Podobno, swego czasu, opłata nie obowiązywała również par. Nie można się temu dziwić. Jeżeli dwójka osób, która jest ze sobą, udaje się tutaj, to w głównej mierze nie po to, by spokojnie obejrzeć seans, a następnie opuścić lokal. Cel jest zupełnie odmienny. Taki, który sprawia, że większość osób obecnych tam, nie skupia się już na filmie. Szybkie ruchy palców na telefonie, wysłane sms-y do innych osób z informacją, że coś się dzieje. Post na internetowym forum. Kto może, ten przychodzi. A kasa za każdym razem wzbogaca się o równowartość paczki papierosów.

- Tu jest toaleta, wejście do kina jest za kotarą – słuchamy mężczyzny zza lady, który objaśnia nam podstawowe rzeczy. – Może być tak, że spotkacie pewnego faceta, który będzie nachalny. Jeśli powiecie „nie”, a on dalej będzie się naprzykrzał, to dajcie znać. Wyprosimy go. Ogólnie nie ma czym się stresować. Czujcie się po prostu, jak u siebie w domu – słyszymy na zakończenie.

Jak u siebie w domu. Wystarczy przejść przez kotarę do innego świata. Świata, który dla wielu zapewne jest już drugim domem.

Wita nas półmrok. Ciemność przeszywana jest przez film wyświetlany w pierwszej sali. Jest ona największa. Schodkowe siedzenia – obite najtańszą, szarą wykładziną. Na ścianach zamontowane czerwone lampki, które świecą wątłym światłem. Dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę, że oczy wszystkich obecnych tam utkwione są na nas. Czujemy się oblepieni spojrzeniami. Dyskomfort miesza się z chęcią wyjścia. Zamiast wycofać się, idziemy powoli przed siebie, stawiając ostrożnie kroki.

Korytarze wąskie, ciemne. Pod ścianami stoją oni. Nic nie robią, tylko się patrzą. Cały pobyt w tym miejscu upłynie pod znakiem świadomości, że zawsze będzie przynajmniej jedna para oczu, która będzie skierowana w naszą stronę. Widzę, jak patrzą na mnie. Widzę, jak patrzą na Em. Zwłaszcza na Em. Śledzę ich spojrzenia, które skanują dokładnie jej niewielką posturę. Zauważam, jak ich wzrok prześlizguje się po niej. Od twarzy, przez szyję i dalej w dół. Zatrzymuje się na biuście, a następnie na pośladkach. Moment, w którym Em ma pełne prawo czuć się jak ofiara obserwowana przez drapieżnika. Jak towar wnikliwie studiowany przez kupującego.

Podobno wszyscy są tutaj niegroźni. Podobno w momencie próby kontaktu fizycznego wystarczy krótkie „nie”, a druga strona to szanuje. Mamy nadzieję, że nie będziemy mieć okazji aby zweryfikować te słowa. Powoli przechodzimy przez dalszą część kina. Po prawej stronie dwie ciasne budki, w których można się skryć. Dwie osoby ledwo są w stanie się w nich zmieścić. Mijamy jedno pomieszczenie – na ścianie plazma z wyświetlanym filmem, skórzana kanapa w kolorze czarnym i podwieszana pod sufitem huśtawka. Idealna, by móc spełnić dzięki niej wiele skrytych fantazji. Następne pomieszczenie jest większe – kilka kanap, tapczan i również telewizor.

W każdym z nowych miejsc jesteśmy sami tylko przez kilkadziesiąt sekund. Wystarczy, że staniemy w danym punkcie na dłużej, a zaczyna robić się wokół nas tłoczno. Mężczyźni zaczynają przechodzić obok nas. Powoli, wręcz smętnie, rzucając ukradkowe spojrzenia na mnie i na Em. Kręcą się – idą pod ścianę, wolno obracają się na pięcie i wracają. Niby zatrzymują się przed telewizorem – jakby byli zainteresowani tym, co dzieje się na ekranie. Jednak częściej wzrok ich skierowany jest w naszą stronę.

Przechodzimy do innego pomieszczenia i sytuacja zaczyna się powtarzać. Nikt nie podchodzi, nikt nie mówi słowa. Po prostu krążą wokół nas i ukradkiem zerkają. Wszystko dzieje się w milczeniu. Cisza przerywana jest dźwiękami filmów, które wręcz wgryzają się w głowę. Idziemy przed siebie, jakby na czele tego dziwnego korowodu, który ciągnie się za nami. Chodzą, śledzą, obserwują – w nadziei, że zaraz coś się zacznie. Że może dzięki nam doświadczą czegoś innego niż bycie biernym widzem wątpliwej jakości scen na ekranie.

Trzeba uważać na każdy krok – zwłaszcza na zakrętach. Skręcasz w prawo na korytarz, a przed twarzą wyrasta ci on. Oparty o ścianę. I znów ta cisza i spojrzenia. Niektóre puste, bez żadnego wyrazu, jakby za mgłą.

W największej sali odzywa się do nas jeden z nich. Pyta czy jesteśmy parą, która na forum internetowym ogłaszała się z przyjściem tutaj. Po odpowiedzi przeczącej i stwierdzeniu, że przyszliśmy tylko jako obserwatorzy, spuszcza na moment wzrok, lecz po chwili wznawia rozmowę.

- Ja czasami tu przyjdę – popatrzeć tylko. Raz na jakiś czas – szepcze w moją stronę. Patrzę na niego i próbuję rozgryźć czy jest to kurtuazyjna informacja, czy chce się po prostu wytłumaczyć. Usprawiedliwić nie tylko przede mną, ale również przed samym sobą. W szkłach jego okularów odbijają się sceny z głównego ekranu. Obraz miesza się i uzupełnia z jękami, które płyną z podwieszonych pod sufitem głośników. Schemat na ekranie powtarzający się – jedna kobieta i dwóch mężczyzn. Tu nie ma fabuły, czysta akcja. Do tej kamienicy nie przychodzi się dla dialogów czy linii fabularnej. Powodów jest praktycznie tyle, ile odwiedzających. Chęć relaksu, potrzeba ekshibicjonizmu, pragnienie podglądania.

Przekrój naprawdę różny. Od młodych ludzi po starszych wiekiem. Od zadbanych po tych, którym przydałyby się podstawowe przybory higieniczne. Patrzę na twarze i bawię się w odgadywanie profesji. Ten mógłby być taksówkarzem, ten księgowym. Tamten mężczyzna w kraciastej koszuli idealnie pasuje mi jako pracownik korporacji. A tacy też tutaj trafiają. Często podczas ich przerwy na lunch. 30 minut na możliwość uniesienia, a następnie powrót do boksu z komputerem. Jest to możliwe, gdyż kino funkcjonuje od 10 do 22.

Oparty o parapet stoi młody chłopak. Wiek studencki, ale wygląda na młodszego od nas. Zadbany, przystojny. Ubrany nienagannie – widać, że nic tu nie jest przypadkowe. Wszystko pasuje – zgodnie z klasą i stylem. Wpatrzony w ekran opuszcza powoli swoją dłoń w okolice bioder. Zdawałoby się wręcz, że słychać odgłos rozpinanego rozporka. Dłoń powoli zaczyna rytmicznie przesuwać się. Jego oczy wpatrzone głównie są w ekran. Co jakiś czas wędrują po sali. Spogląda na innych mężczyzn, to na Em, to na mnie. W pewnym momencie nasze spojrzenia się krzyżują. Nie ucieka wzrokiem. Widzę, jak jego ramię delikatnie faluje od ciągłego ruchu. Wracam do oczu. Patrzy na mnie, a na jego ustach maluje się delikatny uśmiech.

W pewnym momencie z tyłu kina dobiegają do nas coraz głośniejsze dźwięki. Kuszą, by pójść w ich kierunku. By sprawdzić, co za tym wszystkim się kryje, zobaczyć, co się dzieje. Czy to, o czym myślimy teraz z Em? Przechodzimy powoli i czujemy znów ich spojrzenia na sobie. Każdy krok jest ponownie obserwowany dokładnie.

W pokoju na samym końcu kilkunastu mężczyzn. Około piętnastu. Część stoi, część siedzi. Patrzą nieruchomym wzrokiem na to, co dzieje się na tapczanie. Po chwili słyszymy głos jednego z nich:

- Zapraszamy bliżej, tam też są miejsca – zwraca się do nas człowiek w okolicach pięćdziesiątki. Włosy już przyprószone w większości siwizna, twarz poważna, głos spokojny. Gdyby pojawił się przede mną w fartuchu lekarskim, zwróciłbym się do niego automatycznie „panie ordynatorze” i dałbym sobie rękę uciąć, że mam do czynienia z prawdziwym doktorem. Mężczyzna kontynuuje:
- Można usiąść, stanąć. Śmiało. Z tego miejsca państwo nic nie widzą.

Nie jesteśmy pewni czy chcemy widzieć. W końcu jednak ciekawość wygrywa. Podchodzę bliżej, lawirując ostrożnie między mężczyznami, którzy dłonie mają na wysokości swojego podbrzusza. Staję na palcach, by przez ramię jednego z nich móc zobaczyć dwóch mężczyzn i kobietę. Obserwuję tę scenę z rosnącym pulsem. Zapamiętuję widok rubensowskich kształtów i biustu, który faluje delikatnie. Wycofuję się i robię miejsce Em, by też mogła być świadkiem tego wszystkiego.

Wracamy do pierwszej sali. Próbujemy poukładać sobie to, co widzieliśmy. Zracjonalizować, przebić skorupę surrealistycznej sytuacji i atmosfery, którą miały dla nas te obrazy. Po pewnym czasie decydujemy się na wyjście.
Mężczyzna za ladą uśmiecha się do nas i pyta czy nam się podobało i jakie mamy wrażenia. Nie jesteśmy w stanie nic racjonalnego odpowiedzieć. Wypluwam z siebie tylko trzy słowa „to było interesujące” , a po chwili, w myślach, karcę siebie za absurd, który wydobył się z moich ust.

Po 5 minutach znów jesteśmy na zatłoczonym chodniku. Przemierzamy wraz z falą ludzi przejście podziemne z poczuciem odrealnienia.

Dwie godziny później jestem w metrze Centrum. Wśród osób, na przeciwległym peronie, dostrzegam jednego z mężczyzn, który był w kinie. Patrzy na mnie i rozpoznaje moją twarz. Uśmiecha się. Zanim zastanowię się nad tym, jak powinienem zareagować, przestrzeń między nami rozdziela wjeżdżający pociąg metra.


Już ostatecznie można wrócić do swojego świata. Tamten został za kotarą. 



1 komentarz: