wtorek, 9 grudnia 2014

25-letnia singielka - strach się bać

kadr z filmu "Mr. Nobody"




Gdy miała kilkanaście lat i oglądała „Dziennik Bridget Jones”, to śmiechu nie było końca. Bolał ją od niego brzuch, ocierała łzy z policzków i wzdychała do Granta i Firtha, którzy pojawiali się na ekranie. Gdy w wieku 25 lat zasiadła przed laptopem, to już tak do śmiechu jej nie było. Bo miała tę świadomość, że dzieliło ją od tytułowej bohaterki tylko 7 lat. A ta scena, w której, owinięta kołdrą, jadła lody i uświadamiała sobie o mizerności swojego życia uczuciowego, nie była już taka obca i abstrakcyjna.


Wejdź do głowy 25-letniej singielki, to z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że powrót z niej będzie dość ciężki. A i nawet, gdy wyjdziesz, to jest szansa na to, że nabawisz się zespołu stresu pourazowego. Bo trafiłeś w otchłań umysłu, w którym większość szarych komórek skupionych jest wokół jednej kwestii – dlaczego ja, kurwa, jestem sama na tym świecie?

Nie ma, że to dopiero ćwierćwiecze chodzenia po tym świecie. Nie ma, że ledwo co studia skończyła i cała przygoda zwana życiem tak naprawdę się u niej rozpoczyna. To nie jest istotne. Istotne jest to, że po pracy wróci do mieszkania, w którym zamieni kilka słów ze współlokatorami. Odgrzeje sobie jakąś prostą obiadokolację, pójdzie do pokoju – zrzuci z siebie wszystkie ciuchy, stanik ciśnie z ulgą na podłogę i przebierze się w dresy. Wślizgnie do łóżka, by przy pomocy kołdry zamienić się w człowieka burrito i zacznie jeść. Danie dodatkowo solone, bo tak nagle może zacząć płakać. Z samotności.

Bo ona pragnie wszystkiego. Chce miłości, ciepłego torsu do wtulenia się, przyjaciela do dzielenia się sekretami i troskami, walentynek wspólnie spędzanych i takiego seksu w regularnych odstępach, po którym na drugi dzień będzie ledwo co chodzić. Boi się wchodzić na Facebooka, by nie zobaczyć kolejnego postu o zaręczynach. Nie chce tego oglądać, nie chce buszować w galeriach ze ślubów i wesel swoich znajomych, bo dba o swoje zdrowie psychiczne, a rzucanie ‘kurwami’ na lewo i prawo w schemat dbania się nie wpisuje.

Zaczyna się moment tych egzystencjalnych pytań – czy ona jeszcze kogoś znajdzie? Czy ktoś ją pokocha – taką, jaką jest i czy wreszcie będzie mogła schować na dno szafy ten wibrator, który sobie sprawiała na urodziny rok temu. Zaczyna w jej umyśle kiełkować złowroga myśl, którą podlewa nieustannie – trzeba szukać miłości – i to takiej aż po grób. A przynajmniej po ołtarz.

Bo na rodzinnych spędach ma dość pytań typu „taka duża i jeszcze nikogo nie masz?”. I przysięga sobie, że jak na kolacji wigilijnej ciocia Hania jeszcze raz o tym wspomni, będą to jej ostatnie święta – bo ciężko przeżyć delikatną aluzję pod tytułem „nie pytaj o to”, mając głowę w talerzu z barszczem i czując mocny chwyt dłoni na karku.

A jak jeszcze zacznie powtarzać sobie historię poznania jej rodziców, to już w ogóle kaplica. Bo schemat bardzo często podobny. Biblioteka uniwersytecka, gablotki z rewersami. Ona w drucianych okularach i końskim ogonie. On dwa metry obok w źle utrzymanej brodzie i w zmechaconym swetrze. Niby przegląda, niby szuka, ale wzrok jakoś tak ucieka w prawo. I hyc, gablotka bliżej niej, hyc – druga. I w końcu rozmowa, uśmiech, wuzetka, tania kawa w szklance w koszyczku, ślub, akademik, a po roku dziecko. I wspominając z rozrzewnieniem historię, myśli: jak mam zdobyć męża, skoro, kurwa, z ebooków głównie korzystam.

I czasem zacznie dokonywać w swej głowie obliczeń. Że za dwa lata dobrze byłoby znaleźć obrączkę na swoim palcu. A za 4-5 mieć dziecko, bo czasem, wraz z potrzebą miłości, rozbudza się powoli instynkt macierzyński. Więc skoro za 2 lata ma być już mężatką, to halo, halo – ostatni dzwonek, trzeba szukać, rozglądać się, krzyczeć, wołać tego jedynego, właściwego. Stanąć na Marszałkowskiej z kartonem, na którym zamiast „Darmowe przytulenie” jest „Faceta szukam”.

Za obliczeniami przychodzi research otoczenia, po którym ze zgrozą stwierdza, że większość tych fajnych i z olejem w głowie, to już zajęci. I co zostało? Odpadki, nędzne resztki. Tacy, który są w ogóle nieogarnięci życiowo, którzy nie odessali się jeszcze od matczynego cycka, albo są po prostu idiotami. Zgrzyt zębów, zmarszczone czoło i wściekłość w oczach, gdy zacznie ciskać gromami, bo uświadamia sobie, że zmarnowała tyle lat z różnego rodzaju frajerami. Tu do dupy związek, tamten facet był niedojrzały, a jeszcze inny w pewnym momencie stwierdził, że od jej miseczki C bardziej woli literkę D tej szmaty, którą poznał podczas wyjścia do baru z kumplami.

Więc jeśli to czytasz, singielko droga, która ze zgrozą patrzy na datę urodzenia w swoim dowodzie i myśli, że to już, albo prawie już ten czas, a serce szybciej zaczyna bić i czoło rosi się kropelkami potu, to pragnę cię uspokoić. Tyś młoda dupa jeszcze, świat przed tobą otworem stoi. Wyluzuj i weź na wstrzymanie. Nie idź do schroniska w celu poszukiwania kota lub psa. Bycie singlem w tym wieku nie jest wyrokiem śmierci. To nie czas na umieranie wewnętrzne. 

Ogarnij się i kop życie po dupie zamiast zbierać od niego kopy. Wszak trzeba dbać o swój tyłek. Chcesz jędrności, a nie sińców na nim. 


33 komentarze:

  1. skąd wniosek, że 25-latki w ogóle tak myślą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze słyszanych historii, z otoczenia, z rozmów.

      I w razie, jakby kogoś podkusiło o ciskanie gromami za uogólnianie i jechanie po skrajności w opinii, to pozwolę sobie wkleić komentarz z mojego profilu prywatnego:

      "obraz singielki został przeze mnie celowo przejaskrawiony. Bo jasna sprawa, że nie każda ma tak. Nie wszystkie wzdychają do księżyca z nadzieją na znalezienie miłości, bo ich życie po prostu jest zajebiste i cieszą się z nim.

      Ale znajdzie się kilka historii z mojego otoczenia, które wpasują się idealnie w całość obrazu. A jeszcze więcej innych, które chociaż częściowo pasują do tego, co w tekście. "

      Usuń
    2. no, tylko pewnie trudniej stworzyć ciekawy i nieszablonowy tekst o tych zadowolonych z życia, niż powtarzaną tysiąc razy mantrę o tych "łatwiejszych" zasłyszanych historiach, co? dlatego ten blog nigdy nie będzie w żadnej mierze opiniotwórczy - powtarza znane od zawsze banały niezawsze zgodne z rzeczywistościa.

      Usuń
    3. To nie była kwestia wyboru "pisanie o nieszczęśliwych/niezadowolonych z życia singielkach", a tych usatysfakcjonowanych. Miałem przemyślenia na ten temat, to je przełożyłem na tekst.

      A tworzenia wpisów, które byłyby w kontrze do utartego myślenia i przeświadczeń prezentowanych przez większość osób, nie sprawia mi problemu i takowe są na tym blogu. Wystarczy dokładnie poczytać.

      Usuń
  2. borze liściasty, co za bzdety. znam sporo 25-letnich singielek i żadna tak nie myśli. ten tekst ociera się o seksizm, sugerując, że dla kobiety najważniejsze jest bycie w związku, jakby nie mogła spokojnie egzystować bez faceta. ohyda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisala urazona feministka? Kot poszedł spac i nie ma komu sie wyzalic? Troche dystanau do siebie. Sam znam pare podobnych historii jak ta opisana.

      Usuń
  3. Pierwszy raz nie miałam ochoty doczytać Twojego tekstu do końca. O ile formalnie wszystko jak zawsze pięknie, tak merytorycznie jest słabo. Uprzedzając: mam 22 lata i od 6 jestem w związku, żeby nie było, że jakaś zbulwersowana 25 się buntuje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobrze, to teraz takie pytanie z mojej strony - jakie chcesz merytoryczne argumenty? Badania na określonej próbie, które nam pokażą, ile % singielek myśli tak w pełni, ile częściowo, a ile w ogóle nie zgadza się z tym? Bo, szczerze przyznam, innej nie potrafię sobie wyobrazić w tekście, który a) jest subiektywny, b) ma już w komentarzu wyżej zaznaczenie, że w celu ukazania pewnych cech, które pojawiają się u NIEKTÓRYCH kobiet, jest przerysowany.

      : )

      Usuń
    2. Tutaj tak samo.

      Usuń
    3. wydaje mi się, ze jeśli chodzi o tekst to ok, trochę seksistowski, ale do mnie trafił... w samo sedno.. trochę jakbys opisywal moje zycie... tyle, że to chyba kwestia subiektywna, bo jestem 25 singielką, po dokladnie takich doswiadczeniach, ktore zostaly wlasnie w Twoim teksie opisane... :) tyle, ze wiekszosc w miare ogarnietych osob nie będzie się w takim przypadku nad sobą użalać, bo przeciez to jak zyjemy zalezy wylącznie od nas.. no i jeszcze paru tam rzeczy :)
      All in all, do mnie trafiło. podobać się podobało. pisz więcej i dzięks bo nie zdawalam sobie sprawy, ze jakiegos mężczyznę stać na takie wąteczki... bez urazy - ale jestem tutaj pierwszy raz i z początku myslalam, ze pisze to kobieta...
      może jeszcze wpadnę :) pa

      Usuń
  4. Nie przeczytałam Twojego komentarza wyżej. Teraz już lepiej, lecz nadal nie jestem do końca usatysfakcjonowana. Ale zostawmy już to. Nawet Dostojewski mnie wszystkim nie zadowolił ;P

    OdpowiedzUsuń
  5. zawiodłam się :/ niesmak pozostanie.

    Tak mam 25 lat i moim zdaniem nie jest to tekst o 25-latkach.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ah, niezależne kobiety poczuły się urażone. Może czasem trzeba nie tylko przed wszystkimi ale przede wszystkim przed sobą samą trochę się otworzyć i szczerze się zapytać, czy jest mi dobrze tak jak jest, czy muszę trzymać wersję, że jest mi dobrze, bo inaczej nie wytrzymam presji i się załamię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niezależne poczuły się urażone, bo mężczyzna nie jest im niezbędny do życia i ten wątpliwej jakości tekst poniekąd je poniża; inne zgodziły się z tekstem i faktycznie mają na tle swojego singielstwa jakiś problem. nie wiem skąd wniosek, że ta pierwsza grupa tak naprawdę nie może istnieć.

      Usuń
    2. Na samym dole jest podsumowanie tekstu. Radzę to jak najszybciej przeczytać i nie obrażać kobiet od "silnych i niezależnych", bo jak taka powie ci coś prosto w twarz, to jesteście cicho, bo się najzwyczajniej boicie.

      Usuń
  7. Wielu się tutaj oburza.. ale skoro mogę ukryć się pod płaszczykiem Anonimowej Osoby w Sieci (czyt. AOS), to przyznam się szczerze, jak ja sprawę widzę.

    Jestem częściowo taką osobą. 25 lat za pół roku, całe życie niezależna, stroniąca od mężczyzn przez dłuższy okres, ale gdzieś w głębi siebie odliczającą czas.
    W chwili obecnej mam kogoś, lecz bycie z kimś nie zawsze jest końcem samotności. Moja rzecz, jak to u mnie wygląda na tym polu, zwierzać się z tego nie będę publicznie (nawet jako AOS).

    Myślę, że to nie do końca chodzi o niezależność i dumę. Owszem, bez mężczyzny kobieta sobie poradzi. I tu nie chodzi o feminizm, czy inne tego typu bzdury. Sama, choć z natury butna i dumna, nie lubię feministek za ich zarozumiałość i chęć sprowadzenia mężczyzn do roli niewolników. Mężczyźni mają wiele pozytywnych cech, cechują się wieloma zaletami, których kobiety - z racji swej natury - niekoniecznie posiadają, ale żadna ze stron nie jest podczłowiekiem dla drugiej.. Przynajmniej nie powinna.

    I kobieta i mężczyzna są sobie równi, a jednocześnie nie można być bardziej nierównym sobie.
    Powiedziałabym, że jedno i drugie jest cudem, który powinno się przyjmować takim, jakim jest. Bez prób zmieniania. Jeśli coś mocno nie gra - wolna wola, każdy odejdzie w swoją stronę.

    Ale wracając do tematu - nie chodzi o niezależność i wolność. Tak, wiele kobiet nie chce być tak postrzeganych, stroni od wizerunku kury domowej sprzed 50 lat. Nie chce się uzależniać od mężczyzn, szczególnie, jeśli otoczenie jest jakie jest i nie do końca nam odpowiada. Nie chce się utożsamiać z ich głupiutkimi rówieśnicami, które być może nie mają ambicji, które niewiele mają do powiedzenia albo płaczą z powodu nierozsądnych decyzji.

    Ale nie o to chodzi. Myślę, że bardziej chodzi o potrzebę bycia komuś potrzebnym. Potrzebę bycia ważnym. Nie każdy ma przyjaciół, a nawet jeśli ma to szczęście - to po doświadczeniu widzę, że wszystko płynie, zmienia się i po prostu - umyka, ulatuje jak chwila.

    Samotność to nie tylko brak rodziny, bo niektórzy nie potrafią siebie widzieć w tej roli. Samotność, wg. mnie to brak ludzi, dla których byśmy byli ważni, lub jakiejś pasji, która wypełniałaby to życie. Czegoś lub kogoś, dla czego lub którego chce się wstać każdego ranka. Na których pragnie się żyć i dla nich żyć, nimi żyć? Nie musi to być zaraz przyszły mąż vel ciąża spożywcza.

    Pozdrawiam serdecznie, AOS.

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja mam 27 lat jeszcze, po 7 latach związku, prawie 2 lata singielka... I w zupełności zgadzam się z tym artykułem.
    Korzystam z życia ile się da, odkryłam w sobie nowe pasje i nie narzekam na brak zainteresowania a w dodatku poznaje nowych ludzi... Natomiast nie jestem wybredna zwyczajnie trafuaja mi się same niewypaly.. :-(
    Dzięki, bo przypadkowo na to trafiłam.
    Pozdrawiam "em" :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. A ja mam 26 lat. Jestem singielką i powiem szczerze- jakbym czytała o sobie. I nie ma w tym niec złego, że takie po prostu jesteśmy, bo o ile nie jesteśmy "feministkami" i potworami, które nie golą nóg i pach, bo uważają że to głupia moda, to właśnie potrzebujemy kogoś do przytulenia, kochania, wyżalenia się i zajebistego seksu.
    Przeczytałam, uznałam, że dużo jest w tym prawdy i.... pośmiałam się na koniec. Wystarczy trochę dystansu do samej siebie drogie panie. To dobrze, że są kobiety niezależne, cieszące się życiem. Ja również taka jestem. Skończyłam strudia, otworzyłam swoją firmę, jestem niezależna w każdym calu. Ale nie pieprzę głupot, że to jest fajne, bo fajnie czasem ugotować komuś obiad i mieć przy kim się obudzić. A że jestem w takim wieku aktualnie, również znam zdanie moich samotnych koleżanek i jest ono podobne. Da się żyć jako "singielka", ale fajniej jest być w związku.
    Więc luzujcie warkocze dziewczyny i po prostu pośmiejcie się z samych siebie. To nieraz robi lepiej niż najlepszy seks ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. A ja znam pare 25-letnich singielek, które dokładnie takie są :) Fajny tekst, jako rozrywka - nie ma o co spinać tyłka, że coś nie tak, albo że komuś krzywda się z tytuły tego tekstu dzieje

    OdpowiedzUsuń
  11. Seks, seks... Nudy, przestaje obserwować. Liczyłam na jakieś ambitniejsze teksty z Twojej strony. Głodnemu chleb na mysli. Nie obnoś się ze swoją racją, nie masz jej, a sprawiasz wręcz przeciwne wrażenie w wielu notkach. Ziew.

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo spodobały mi się ostatnie zdania wpisu :) a w szczególności odpowiedź na komentarz powyżej. Chyba zacznę wpadać tu częściej :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Oko, świetny tekst :) Na początku czytając go miałam w głowie "co on sobie myśli, przecież nie jest kobietą i pisze stereotypowo", ale później nabrałam dystansu i w połowie tekstu zaczęłam się śmiać ;p
    Mam 22 lata i, jak na razie, nie marzę o związku, a tym bardziej o dziecku i dziwię się, że niektórzy moi znajomi chcą brać ślub na siłę w tak młodym i głupim wieku, a jeszcze przed tym trują dupę znajomym o dziecku, jakie ono nie będzie, itd. Dzieci mnie obrzydzają, są niechlujne i trzeba koło nich cały czas skakać, bo jak się wydrą, to już koniec - dzieci koło lat 5 są spoko, bo zaczynają już coś kumać ze świata (wiem, bo kuzyni mają małe dzieci, a to wredne tylko jest. Jak nie dostanie zabawki albo czegoś co chce, to drze się na cały regulator). Chcę się teraz bawić życiem, na dziecko przyjdzie czas, jak człowiek się dorobi w Polsce, czyli tak między 35-45 lat, a jak nie, to wyjedzie się za granicę i będzie się szczęśliwym młodym rodzicem, bo innego wyjścia z dziećmi nie ma.
    Jeszcze raz, świetny tekst Oko! :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Piotrze, gratuluję tekstu, który wygenerował tyle komentarzy i dyskusji ;)

    Szczerze powiem, że ja nawet słyszałam od koleżanki z uczelni, która Cię czyta, słowa uznania za to co napisałeś ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Fajnie poczytać o sobie. A, przepraszam ja mam 28 lat. I kiedy sama z własnego wyboru zostałam W TYM WIEKU singielką miałam w głowie to wszystko, o czym tak zgrabnie psizesz. Tylko, że u mnie to było powodem do śmiechu, nie płaczu. I tak oto znowu nie jestem singielką... :P :*

    OdpowiedzUsuń
  16. Panie, ja mam 18 lat i nie wiem co to miłość, a tu tekst o 25letnich zdesperowanych singielkach... So close. A nie. Ja już jestem zdesperowana. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo dziękuję :) Zwłaszcza za zakończenie. W chwilach takich jak ta (kompletny stan depresji) postaram się pamiętać. Bardzo lubię twoje teksty. Masz dobry zmysł obserwacji i wrażliwość.

    OdpowiedzUsuń
  18. Zgadzam się z Twoim tekstem. Nie wszystkie 25-letnie kobiety to zdesperowane singielki, ale wiele z nich myśli właśnie w ten sposób który opisujesz. Dlaczego? Bo wierzą, że pierwsze dziecko najlepiej urodzić przed 30-stką, bo boją się, że za chwilę wszyscy najlepsi faceci będą już zajęci, bo strach przed staropanieństwem itp. Jednak na szczęście czasy się zmieniają, a wraz z nimi tok myslenia.

    OdpowiedzUsuń
  19. Dziękuję. W takim razie nie dam się jutrzejszej mani walentynek i życia we dwoje, i będę dumna z tego, że sama ze sobą też jestem szczęśliwa. Wszak partner ma ubarwiać mój już barwny świat, a nie stanowić jego kredki ;) Faceci, żałujcie, bo fajna panna siedzi sama i wcale nie potrzebuje męskiego ramienia, żeby złożyć mebel. Do tego jest cholernie szczęśliwa bo się realizuje i bierze swoje życie w swoje ręce. Pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
  20. Jestem parę miesięcy po 25 urodzinach. W tym samym czasie skończyłam studia i rozpadł sie mój prawie czteroletni związek. Zawsze myslałam, że nie warto zbyt wcześnie myśleć i ślubie, dzieciach i życiu rodzinnym. Najpierw studia, stabilizacja zawodowa... Trochę przez to, że zawsze na wszystko musiałam sama zapracować i chciałam się wybić, by potencjalny mąż nie myślał o mnie w kategoriach biedaczki, która nic nie wniosła do związku, a wszystko zawdzięcza wyłącznie jemu.
    Teraz, po bolesnym rozstaniu, uświadomiłam sobie, jak bardzo chciałabym wyjść za mąż. Moje priorytety uległy zmianie. Mój problem polega na tym, że nie potrafię zacząć z nikim innym oprócz byłego faceta, lub kolegi, który niestety nie jest zainteresowany związkiem ze mną. Kręcą sie wokół mnie mężczyźni, chcą się umawiać, ale ja nie umiem się przełamać i po prostu nie mam ochoty. Są w porządku, może nawet i by cos z tego było, ale nie czuję mięty.. Boję się trochę, że przez własną ,,głupotę" zostanę sama jak palec. Nakładają się na to jeszcze problemy ze znalezieniem stałej, satysfakcjonującej pracy i tak z dziewczyny, która królowała na dyskotekach jeszcze parę miesięcy temu, znajomi uwielbiali jej towarzystwo, staje się ciocia klocia z kompleksami... Za bardzo przeżyłam rozstanie i czuję się zwyczajnie niedowartościowana.
    Z jednej strony stan wolny traktuję jako zaletę, bo pewne sprawy mi ułatwia, ale niestety, obawiam się, że zostanę sama... Wychodzę do ludzi, na imprezy, ale o kandydata na męża jest coraz ciężej niestety.

    OdpowiedzUsuń
  21. Ja mam 28 lat, mając 23 wyszłam za mega przystojnego, wysokiego bruneta, który jest teraz specjalistą w swoim zawodzie tzn. zarabia 4-5 średnich krajowych od 2 lat i kiedyś było ciężko z kasą, bo zarabiał 2 średnie krajowe to w dniu dzisiejszym wszystko się poprawiło i na razie tak pozostanie. Dostałam od rodziców mieszkanie, on ma swoje, które wynajmuje mieszkamy u mnie ale odkąd się wprowadził to jak wraca z pracy o 18 gapi się w telewizor, sex trwa z 7 minut później on wraca do telewizora, ja wszystko sama sprzątam i gotuję bo on więcej zarabia i więcej pracuje, daje mi 1500 zł na miesiąc z czego robię zakupy żywnościowe, dokładnie nie liczę, tankuje mi samochód, który mi kupił i ciągle mnie szantażuje, że jak nie urodzę dziecka to on sobie idzie. Studiuję drugi kierunek bo mam nadzieję, że spełnie swoje marzenia i będę zarabiać 2000 tys zł dziennie ale z dzieckiem mi się nie to uda, przytyłam 10 kg i przy wzroście 175 mam rozmiar 40 kiedyś było to 38, jestem ładna i non stop niedoruchana, nie mam z nim o czym gadać, sprzedałam nieruchomość pod dużym miastem i mam okrągłą sumkę na koncie,plus prowadzę własną firmę, mam ochotę żyć, bzykać się z młodszymi przystojniakami, ćwiczyć po pracy, czytać norweskie kryminały, chodzić na dyskoteki a nie nudzić się wieczorami i zmieniać pieluchy, podgrzewać gnojowi obiadki i tłumaczyć się z nowo kupionej torebki albo 4 par butów w samochodzie. Także uważaj o czym marzysz bo idealny związek nie istnieje jest tylko frustracja.

    OdpowiedzUsuń