sobota, 29 listopada 2014

Nienawidzę klubów

kadr z filmu "Reservoir Dogs"



O jezu. Jak głośno. I jak tłoczno. Przepraszam, przepraszam, przepraszam, halo, halo, chciałbym przejść. Stary, uważaj z gestykulacją, piwo mi wylejesz. No i co się tak gapisz? Suń się krok w bok i daj mi iść. Jak boga kocham, co ja robię w klubie?


No właśnie, co ja tu robię? Niestety, planety niekorzystnie się dla mnie ułożyły. Jowisz, Saturn i Pluton (tak, tak, nigdy nie stracił dla mnie miana planety – Plutonie, nigdy się ciebie nie wyrzeknę) znalazły się w jednej linii i bęc – klub, parkiet, a na parkiecie ja. A przecież miało być okej. Wódeczka, delikatny chillout, fajki na balkonie, dużo śmiechu i rozmowy na tematy różne, różniste. Mogło się rozpocząć na wódce i na niej skończyć? Mogło. Ale nie – w Polskę idziemy, drodzy panowie. Znaczy się – do klubu.

Pocieszasz się, że powoli wchodzisz w ten stan, w którym jest to akceptowalne. Jak idziesz, to jeszcze nie czujesz się niczym przy sztormowej pogodzie, ale już masz ten błysk w oku, takie śmieszne spojrzenie, a w kącikach tworzą się nowe zmarszczki od nieustannego uśmiechu. Więc trach – autobus, potem metro. Hihi, haha, jest zabawnie.

Dochodzisz do klubu. Pizga złem strasznie. Dziękujesz temu na górze za to, że ten zapowiadany śnieg jednak nie zaczął padać. Przed sobą słyszysz „Ty do klubu nie wejdziesz. Wy wchodzicie bez niego, albo w ogóle”. No i ten stres, bo już myślisz, że to ty, ale jednak nie. Więc prostujesz się momentalnie, wykrzywiasz swą plastyczną twarz, by mieć minę wyluzowanego kolesia na zasadzie „Jest okej, fajnie, fajnie, ja po jednym piwku, chill dobry, przyszedłem ładnie tańczyć. Ewentualnie Herberta poczytać w kąciku”. Przejście graniczne przekroczone, wiza wykupiona, zaczynamy podbój zagranicy.

Ludzie się szkolą na wypadek wielu zagrożeń. Wybuch bomby atomowej? No, generalnie masz przejebane, ale kucnij sobie pod stolikiem i zakryj główkę rączkami. Trzęsienie ziemi? To samo, ewentualnie pod futrynami się chowaj, bo podobno to dobre miejsce. Ale dlaczego nie ma szkoleń dla sytuacji, kiedy to wchodzi się do klubu? Nikt ci nie powie – uważaj, bo jak fala dźwiękowa cię uderzy, to bębenki pękają. Zakryj sobie jedno ucho, a potem stopniowo, powoli odciągaj rękę od niego. Nie. Wchodzisz – jebs. Muzyka ze słuchawek miała cię pozbawić słuchu. Sorry, słuchawki, spóźniłyście się – klub was uprzedził.

No ale dobrze – nie straciłeś przytomności, równowaga nadal jest, więc szukasz wodopoju. Wszyscy wiedzą, że na każde 4 minuty jazdy metrem/tramwajem/autobusem zachodzi konieczność uzupełnienia płynów w organizmie w objętości 250 mililitrów. Jechałeś 8 minut, więc sprawa jest prosta – jedno piwko poproszę. Dostajesz, odwracasz się od baru i patrzysz przed siebie. Zaczynasz skanować to, co się dzieje. A dzieje się, oj, chłopaku, mnóstwo rzeczy. Ta lawina tłumu na parkiecie, która podskakuje jednocześnie, by po 5 sekundach zacząć wykonywać nieskoordynowane ruchy. Ta chmara ludzi, której nie uświadczysz na plaży w Mielnie w szczycie sezonu.

Ni chuja – nie wejdziesz tam – myślisz sobie. Pijesz piwo, próbujesz rozmawiać. Dobrze powiedziane – próbujesz. To nie jest rozmowa. To ryk, z którego do odbiorcy dochodzi 60% treści. Pozostałe 40 odbiorca lepi ze swoich przypuszczeń, odsyła ripostę, ty lepisz jego braki, a konkluzja jest taka, że wyjściowe ‘kurwa, chcę tu umrzeć’ przeobraża się nie wiadomo jak w  ‘jak zajebiście, bawmy się’.

I zanim pójdziesz na ten parkiet, to widzisz je. O jezusie, jakie one są cudne. Tu szpilki, tu jakieś botki, bluzeczki, dekolty, czarne sukienki, tu koronki, tam kreska fikuśna na powiece, tu koczek cudowny (a ty kochasz koki, oj niesamowicie wręcz), a tę damę za rozkloszowaną, bordową, to masz ochotę wziąć pod pachę, wyjść z nią z klubu i iść do pierwszego lepszego urzędu stanu cywilnego. No i szminki. Obowiązkowo, czerwone. Ej, serio – dlaczego 99% koloru to czerwień? Czasem jakiś róż, bordo, fiolet spotkam, ale to jak z szukaniem wody na pustyni. Generalnie – czerwień. No i te usta kuszą, bo ty uwielbiasz zdejmować przy pomocy swoich ust te szminki. Ale spójrz na siebie – bordowy sweterek z kominem i sprane jeansy. I wkurwiasz się tylko dodatkowo.

Bo przecież miał być chill przy wódzie. Więc jak na chill i mieszkaniowy anturaż przystało – ubrałeś się po domowemu. I psioczysz w głowie, że nie masz tej marynarki, a oczami wyobraźni widzisz jak pokazuje ci faka, wisząc na wieszaku w twojej szafie. Ale nie. Sweterek. No bardzo piękny, ciocia by się nim zachwyciła. Ale ta bordowa dama raczej nie. I wspólny kolor nie załatwi całej sprawy. Sweterek idealny – ale na wyprawę ze święconką do kościoła, nie do klubu. Trudno, zesrało się, nic nie poradzisz.

Idziesz w parkiet. I tu się zaczyna cała zabawa. Oj, tu jest ten cały smaczek, fun i tragedia ludzka, gdzie grasz bohatera, dla którego nie ma happy endu. Bo widzisz – ty nie umiesz tańczyć. To nie jest na zasadzie, że nigdy nie próbowałeś i tak po prostu sobie pieprzysz. Po prostu nie umiesz. To, że usłyszałeś kiedyś od koleżanki, że masz fajny tyłek i dobrze prowadziłeś w polonezie na studniówce, nie robi z ciebie Maseraka. Najlepiej było w Mięsnej w Poznaniu, do której chodziłeś raz na pół roku na twardy reset. Dubstepy, ciężkie brzmienia, bas łamiący żebra i wszyscy w ścisku wykonywali konwulsyjne ruchy. Tam nie musiałeś umieć tańczyć. Wczuwałeś się w rolę epileptyka, który ma początki ataku padaczkowego i jazda w tłum. Tutaj masz nadzieję, że po prostu nikt nie podejdzie do ciebie i nie spyta się czy potrzebujesz pomocy. Potrzebuję – proszę, zabij mnie.

I tańczysz/masz udar/dostajesz ataku i nagle widzisz. Ona. Pieprzyć tę pannę w bordo sprzed 10 minut. Kochanie, będziesz moja. Jak ona się gnie na tym parkiecie, jak zamiata rzęsami, jak te ręce tną delikatnie powietrze. Sensualność wręcz się skrapla i kapie na podłogę. Nie podejdziesz bliżej, bo wiesz, że ona się przestraszy i ucieknie, bo przecież facet w konwulsjach na parkiecie, a ona nie umie udzielać pierwszej pomocy. I nie zagadasz do niej, bo, przypomnijmy, gdybyś zapomniał – jesteś w jebanym klubie, gdzie przy każdym uchu masz ustawiony silnik startującego Boeinga.

A wiesz, że gdybyś mógł otworzyć tę swoją buzię, gdyby ona mogła cię usłyszeć, gdyby to nie był parkiet, ale chodnik/kawiarnia/pub/kolejka/WSZYSTKOINNE, to dałbyś radę. Bo powiedziałbyś, co tu robisz. Że dlaczego już nie Poznań, a Warszawa. I o blogu wspomnisz. Że o czym bloguję? Ah, wiesz, takie tam, głównie tematy damsko-męskie. I ona już ma zaciekawione spojrzenie, no to ty z tą nieznośną lekkością bytu kontynuujesz wątek. Oh, jestem takim nonszalanckim blogerem, hoho, wiesz, polubiłabyś tekst o kobiecości. Tak w ogóle, to adres sobie zapisz, wejdź, kiedy chcesz, zobacz sama. Można? Można.

Tu, niestety, nie można. Tutaj możesz usunąć się z parkietu jak najszybciej. Pójdziesz do części palącej, odpalisz szluga, oprzesz się o ścianę. Przymkniesz oczy, zaciągniesz się pierwszy raz i pomyślisz – do chuja pana Wacława, dlaczego ja tu jestem? Wybawienie nadchodzi prędko. Bo w pewnym momencie przekraczana jest magiczna granica, za którą zaczyna być sztormowo. Godzisz się więc z ulgą na powrót, stoisz swoje w kolejce po kurtkę, opatulasz się i idziesz na metro. Tam jeszcze grasz z przyjacielem w piłkę nożną, gdzie za piłkę robi jakiś porzucony but.


A potem wracasz do domu, rozbierasz się i piszesz ten tekst. Ah, mówiłem wam już, że nienawidzę klubów?


4 komentarze:

  1. Wyjście do klubu dla mnie wiąże się z podobnymi przeżyciami. Mija 10 minut i chcę uciec bo muzyka nie moja, ludzi za dużo, a inne dziewczyny jakieś takie ładniejsze. Ale, że koleżanki tak dobrze
    się bawią nie wypada marudzić ;) Dobrze, że to nie zdarza się zbyt często, domóweczka zawsze wygra z klubem :)

    P.S. Ja też zawsze wierzyłam w Plutona, pocieszeniem jest to, że specjalnie dla niego Międzynarodowa Unia Astronomiczna utworzyła status planety karłowatej ;) Dobre i to :)

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie kluby nie cieszą się zbytnią sławą. A dlaczego? Bo jeżeli wreszcie zachce mi się ruszyć moje zgrabne dupsko do klubu to spotykam tam swojego ex, no wiesz.. tak na dzień dobry - otwierasz drzwi i co? - znajoma twarz. Jedyne o czym wtedy marzę, to spierdolić stamtąd w podskokach, a najlepiej to ulotnić cię jak dżin z butelki.
    Kolejnym powodem dlaczego nie lubię klubów, to picie, chlanie, dojenie - wybierz co chcesz. Ja jestem ekonomiczna. 1 piwo, góóóóra 2 i mam spokój. Więcej nie potrzebuję. A bydło (bo inaczej tego nie mogę nazwać) chleje do nie przytomności. Później taki gostek ślini się na mój widok i próbuje mnie poderwać.. Jesus! -.-'
    Tak jak mówiłeś - muzyka, a raczej jebs, jebs wprost do mózgu! Ani nie pogadasz ani nic. Taneczna za bardzo to ja nie jestem, więc kij w to. Ale idąc do klubu mam ochotę nie tylko poskakać z ludźmi po parkiecie, ale mam też ochotę poznać kogoś nowego, a w klubie to niemożliwe.
    Dlatego właśnie teraz siedzę w domu, zawinięta w kołdrowy naleśnik z herbatą pod ręką.
    Amen.

    OdpowiedzUsuń
  3. próbuje sobie przypomnieć kiedy byłam w klubie...wychodzi że dawno.też ich nie lubie bo tłum bo głośno bo nie ubieram sie w kuse sukienki jak 99% wiec mocno odbiegam od klubowej normy...uwielbiam tańczyć ale nie mam gdzie.dwa...mieszkam koło klubu i bydło zniechęca mnie do takiej zabawy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdybyś był kobietą miałbyś jeszcze wątpliwą przyjemność bycia otoczoną przez grono troglodytów w mokrych, białych, obcisłych koszulkach...

    Też nienawidzę klubów!!!

    OdpowiedzUsuń