czwartek, 27 listopada 2014

For a minute there - I lost myself


kadr z filmu "Her"


Patrzę na dzisiejszą datę i nie mogę uwierzyć, że to już ponad pięć lat minęło od tego koncertu. Zdawałoby się, że to wczoraj wysiadłem na poznańskim dworcu, gdzie przywitało mnie słońce i żar. Pamiętasz jakie było powietrze ciężkie? Jak strużki potu ciągnęły się od skroni przez policzki? Nie było to jednak straszne. Nie w momencie, gdy zbliżał się ten upragniony wieczór, podczas którego mieliśmy wysłuchać Radiohead na żywo.


Złapaliśmy się dopiero na miejscu, już w tłumie nieznajomych, którzy jednak nie byli nam obcy. Wszystkich nas spajała miłość do zespołu. Łączyła nas ta Cytadela, gdzie upchnięci jak mrówki czekaliśmy pod gołym niebem na magię. Ja z tobą magię miałem już od dłuższego czasu. Taka nieznajoma, ciut nieokiełznana. Bo pamiętam, że zaczynaliśmy wychodzić poza ramy przyjaźni, co nie mogło się dobrze skończyć. Przez prawie całą klasę maturalną krążyliśmy wokół siebie i raz na jakiś czas wpadaliśmy we własne przyciąganie.

A było tych okazji kilka. Jednak ani razu nie przekroczyliśmy wyraźnie granicy. Ciągły balans – z mniejszą lub większą równowagą. Niebezpieczny spacer po linie, podczas którego mogliśmy z łatwością spaść w otchłań. A w otchłani ubrania na ziemi, mgła za okiem i paznokcie przesuwające po plecach. Nie spadliśmy.

Zastanawiam się czy tak samo byłaś zdziwiona absurdalnymi cenami za wodę. Ponad 20 tysięcy osób wokół nas, trzydzieści kilka stopni w cieniu, a pośród tego tygla my. Ja w jednym miejscu, ty w drugim. Czy myśleliśmy o tym samym? Czy kierowało nami takie samo podniecenie, gdy topniał czas do koncertu?

A gdy już się zaczął, to miałaś też ścisk w żołądku? Wiesz, taki, gdy jesteś na kolejce górskiej, która powoli wjeżdża na najwyższy punkt, zamiera na kilka sekund, a ty już wiesz, że zaraz rozpocznie się niezapomniany pęd w dół. Ja się tak właśnie czułem. I miałem stuprocentowe przekonanie, że tak samo odczuwali ci, którzy stali obok mnie. Świat skurczył się do tego jednego miejsca w Poznaniu, gdzie stanęły zegarki. Nie było niczego. Tylko ta scena na Cytadeli. Człowiek chłonął dźwięki, teksty całym sobą – każda komórka ciała nastrojona była na odbieranie wszystkich bodźców dokładnie.

Nie mam pojęcia, jakim cudem tak wszystko to zleciało. Jak ta cała magia mogła zaburzyć kompletnie poczucie czasu. Ty też uważałaś, że nawet długie wychodzenie nie było takie złe? Morze ludzi przed nami, małe wyjście. Jest jeden wielbłąd. Do jednej igły ucha.

Dlaczego potem byliśmy praktycznie sami w tym wagonie? Ta jedna osoba, która ci towarzyszyła, a potem zasnęła snem kamiennym nie liczyła się w ogóle. Czy to te emocje sprawiły, że przyciąganie znów zaczęło działać? Natchnieni całym dniem postanowiliśmy znów spacerować po linie, czy może to było z premedytacją?

Pamiętam tę ciemność. Nocny krajobraz przesuwający się szybko za oknem. Leniwy stukot kół o szyny. Mrugającą żarówkę na korytarzu. Twoją głowę opartą na moich kolanach. Pamiętam wszystko dokładnie. I ten blask twoich oczu, który przenikał przez przedział czernią wypełniony. Nie wchodźmy na linę, możemy spaść. Nie balansujmy, nie powinniśmy.

For a minute there – i lost myself” – śpiewa nam w głowie Yorke, którego jeszcze przed chwilą słuchaliśmy. A teraz wsłuchiwaliśmy się w przyśpieszone bicie serc. Wnikliwie obserwowaliśmy rozszerzające się źrenice.

I znów świat się skurczył do jednego miejsca. Do tego jednego przedziału, który już nie pędził przed siebie przez noc, ale zatrzymał się. Zatracił w tej kolejnej dawce magii. For a minute – i mogłem już stwierdzić, że jeszcze nigdy nie czułem takiej delikatności ust, jak wtedy. There – wiedziałem, że będę żałować, ale żadna siła nie potrafiła wtedy tego przerwać. I lost myself – tak samo, jak i ty.


Nie żałowałem jednak. Czasem spacery po linie nie kończą się bolesnymi upadkami – mimo swojego niebezpieczeństwa. 5 lat już minęło, a cały ten dzień, wieczór i noc są tak dokładne jak nic innego. A i nie wyobrażam sobie innego zakończenia. Na tę linę musieliśmy wejść. Ten spacer był tego wart.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz