czwartek, 9 października 2014

Szukaj orgazmów i brudnych skarpetek




Seks i wspólne mieszkanie dopiero po ślubie – najgłupsze stwierdzenie, jakie człowiek kiedykolwiek wymyślił. Bo nie ma lepszych testów na sprawdzenie czy między dwiema osobami strzela chemią na wszystkie strony niż te, w których to drzesz się przy orgazmie tak, że sąsiedzi się budzą lub gdy czyścisz deskę, bo znów jest upieprzona moczem.


Chęć bycia dziewicą/prawiczkiem do ślubu i dopiero potem wspólne dzielenie czterech kątów jest głównie umotywowane wiarą i zasadami kościoła. Bo skoro to miłość, taka tru na 100%, to nic jej nie rozdzieli – zwłaszcza, gdy motywowane będzie to jeszcze ‘póki śmierć nas nie rozłączy”. Jakby ta jedna linijka sprawiła, że więzy małżeńskie nagle będą okryte tytanem i platyną – że w ogóle nie zerwiesz ich. I ja wiem, że wierzący trzymają się tego twardo, że w to wierzą i naprawdę mają w swych sercach i duszach pewność swoich racji, ale mnie po prostu szlag trafia i nie potrafię wyjąć głupoty z tego wszystkiego.

Czy to nam się podoba, czy nie – seks jest zajebiście ważnym fundamentem związku. Jednym z jego filarów. Wyrzuć seks z układanki, cała konstrukcja się posypie niczym domek z kart. Wstaw seks, który zamiast rozkoszy przynosi same rozczarowania – to samo. Bo ja mogę kochać, wielbić, darzyć uczuciem, lubić, traktować jak przyjaciółkę, powierniczkę wszelkich sekretów. Ale jeżeli nie klika w łóżku, to cały mechanizm będzie trzeszczeć, hałasować, aż w końcu się zatrze na amen. Albo ja chwycę młot i rozwalę w drobny mak.

To samo z mieszkaniem – „oh, na pewno twoje skarpetki mi nie będą przeszkadzały, hihi”. „Oh, kochana, zniosę wszystkie twoje humory”. Gówno prawda. On będzie cię wkurwiał skarpetkami i innymi mankamentami, a ty wywołasz w nim szał nie raz, nie dwa, bo nie ma możliwości, powtarzam wyraźnie – NIE MA, by człowiek znosił wszystkie humory drugiego człowieka. Tak się nie da, to jest wbrew naturze organizmu i błagaj, proś, płacz, ale trzaśniesz kiedyś drzwiami – pójdziesz na spacer, na fajkę, do sklepu, do kumpla. Cokolwiek, byle pobyć samemu. I to jest bardzo dobre.

Bo to życie ze sobą, już tak na poważnie, nie jest żadną idyllą. Oazą szczęśliwości, w której tęcza skrzy się milionem kolorów, a trzepot motylich skrzydełek codziennie łagodnie wyrywa cię ze snu. Jednakowoż warto sprawdzić czy mimo braku idylli, nie będzie po prostu dobrze. Bo czasem nie wypala. Bo albo nie rozumiemy się w łóżku, albo nie możemy wytrzymać ze sobą na kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Tydzień, dwa – jeszcze okej, ale po trzech rzucamy się sobie do gardła.

Chcecie żyć razem? Marsz do łóżka. Swojego, we własnym lokum. Bo testować trzeba wszystko. Należy poddawać samych siebie próbom. Nie ma nic złego w tym, że dwie osoby muszą się pierw ciut nakombinować, by wszystko zaskoczyło.

Pamiętaj – to nie jest kupno butów w ciemno, że jak ci się nie spodobają, to po prostu odeślesz je w ciągu 7 dni roboczych.  Tutaj, by pozbyć się tych butów, będzie trzeba dymać do sądu, złożyć wniosek i kilka miesięcy poczekać.


Więc skończ z tym nonsensem i idź się kochaj. A potem otwieraj gumtree i szukajcie wspólnego mieszkania. 

2 komentarze:

  1. Hmmm.... ważny, ważny... ale nie najważniejszy. Choć w pierwszej trójce. Łącznie z poczuciem humoru. I czymś jeszcze :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się. To tak jakby kupić samochód bez jazdy testowej :) Nie wyobrażam sobie ani jednego ani drugiego. Aczkolwiek inne wartości stoją na pierwszym miejscu, dla mnie jest to czułość. A potem seks :)

    OdpowiedzUsuń