piątek, 29 sierpnia 2014

Podróż za jeden uśmiech, czyli Warszawa - Koszalin




To nie było łatwe zadanie. Nic nie zwiastowało bezbolesnego przejścia przez tę sytuację. Nie pomagały nawoływania: nie rób tego, zostaw, daj sobie spokój, to za duże obciążenie jak dla jednego człowieka! O nie, odkrywcy nie zostawiają swoich planów. Prą dzielnie przed siebie do celu. Mają marzenie, które chcą zrealizować - niezależnie od trudów i kłód rzucanych przez życie pod nogi. Nie zawrócił Roald Amundsen, gdy zdobywał biegun południowy. Edmund Hillary nie postanowił w pewnym momencie na powrót do swojej bazy, gdy z uporem maniaka piął się w górę, by jako pierwszy z ludzi postawić nogę na szczycie Mount Everestu. Z nim było tak samo. Chociaż podróż najeżona była niebezpieczeństwami. Chociaż miał przedrzeć się przez tyle miejscowości, gdzie nie wiedział, co go spotka - czy tamtejsi tubylcy będą przyjaźnie, czy wrogo nastawieni? Chociaż miał świadomość, że warunki sanitarne mogą odbiegać od normalnych standardów - nie ugiął się. Zarzucił dzielnie torbę na ramię, wsiadł na zaprzęg, krzyknął do swoich psów husky, a te poniosły go pędem w kierunku Warszawy Centralnej.

Wielki to był śmiałek już przed samą podróżą - tak okrzyknęli go widzowie, którzy zgromadzili się w hali dworca, by pożegnać podróżnika, nagrodzić brawami za odwagę. Panny rzucały kwiaty i wianki pod jego stopy. Niektóre, przecisnąwszy się przez kordon policji, rzucały mu się na szyję, całowały w policzki i ze łzami w oczach wyrażały swoje uwielbienie i miłość. O tak, sprawa warta była tych wszystkich czynów. Na każdej stacji już od rana czekali dziennikarze, by móc na bieżąco zdawać relację z przebiegu podróży. Wszyscy zapamiętali ten dzień, gdzie telegrafy rozgrzane były do czerwoności, gdy co godzinę wychodziły specjalne wydania gazet. Gdy całe kamienice skupione były przy jednym odbiorniku radiowym, słuchając z zapartym tchem przygód śmiałka. Żegnaj, Warszawo. Witaj, Koszalinie. 


--------------------------------------------------------------------------------------------------

21:44 - jeden kubek, dwie łyżki znużenia, szczypta uśmiechu, talerz łazanek, wór szczęścia - witaj, Koszalinie. Koniec podróży, to był długi dzień. : )

21:00 - prawie koniec podróży. Co jest najfajniejsze na tym etapie? To, że im bliżej do jego końca, tym bliższy staje się papieros, którego to będzie można zapalić po wyjściu z dworca. Zgodnie z zasadą narzuconą 2 lata temu na siebie - nie palimy w pociągach, wytrzymamy te kilka godzin bez papierosa. Da się? Da się.

20:05 -
Gdzieś na Pomorzu, #pijjabłka #cydrmniammniam

19:00 - Gdynia, więc idealna pora, żeby zareklamować się tym, którzy szukają internetów w swoich urządzeniach.


18:40 - przeglądam sobie Newsweeka, a tam reklama Empiku. Że nowa kolekcja, produkty z serii filmów Kiler i Kiler-ów 2-óch. I dalej, w związku z tą kolekcją, cytuję: "znajdziemy w niej doskonałe pomysły na prezent. Nowością w kolekcji są tekstylia w postaci fartuchów, rękawic, ręczników kuchennych, koszulek oraz skarpetek."
Czy ja mogę prosić o powrót do czasów, gdy w Empiku mogłem kupić gazety, gry, filmy, muzykę i, przede wszystkim, książki? Ładnie bym prosił.

18:15 - już prawie Gdańsk, który do miałem okazję odwiedzić 2 tyg. temu podczas SeeBloggers. Tym razem jednak na dużo krócej będę. Sorry, Trójmiasto. A odnośnie pociągu i podróży - przypomniał mi się tekst, który swego czasu napisałem. Pisany był on w pociągu. Jeśli nie pamiętacie, to zachęcam do przypomnienia sobie --> Klik


17:16 -
Google Maps w wersji Paint


17:00 - humory dopisują, jest sympatycznie

Zdjęcie? Mi? Tak z zaskoczenia? Mój boże, co to za paparazzi? 

15:40 - stacja Działdowo. Zawsze lubiłem tę stację i miejscowość, gdyż nazwa z działkami mi się kojarzy. A działka i wypady na nią, to jedno z fajnych wspomnień z dzieciństwa, gdy wszystko było takie proste, lekkie i przyjemne. Działka latem i dmuchany basen, w którym małe Oko pluskało się z uśmiechem. A potem grill, kiełbasa i karkówka z niego. Zimna cola, maliny zrywane z krzaka. Porzeczki i poziomki. Było pięknie.

14:10 - pociąg, którym jedziemy, nazywa się "Fregata". W Koszalinie jest klub o takiej nazwie. Klub to za dużo powiedziane. Takie tam miejsce, w którym to bawiło się pokolenie moich rodziców, a gdzie obecnie młodsi kończą swoje wojaże po mieście i idą na to o jedno piwo za dużo, by potem pięknie ubarwić klubową podłogę o organiczną mozaikę złożoną z ostatnich posiłków i płynów. 2 godziny w koszalińskiej Fregacie potrafią zniszczyć człowieka. Mam nadzieję, że 8 godzin w tej pociągowej tego nie zrobi.

13:45 - i ruszyl! Blekitny 24 poderwal sie z ziemi, by sledzic na biezaco podroznika.

13:20 - tlum stoi na galerii i patrzy na smialka, ktory na peronie, w otoczeniu niewielkiej liczby osob, oczekuje na rozpoczecie podrozy.

12:20 - mamy piękną pogodę, czyste niebo, bardzo dobry humor i gwarancję miejsca siedzącego - nic, tylko z uśmiechem wsiąść do pociągu i zacząć podróż przez pół Polski. Eksperymentalna relacja live okraszona przemyśleniami, refleksjami i, jeśli apka w telefonie pozwoli, zdjęciami z podróży. No chyba, że internetów albo prądów w baterii braknie i tyle z mojej reporterskiej przygody. Kapuściński internetów wyrusza w podróż. 

1 komentarz:

  1. Nieraz jeździłem ze swojego miasta do Mielna na wywczasy, ale nigdy nie brało mnie na takie barokowe, literackie zawijasy. Kolego młody, prostota jest w cenie. Barok już minął jakieś 350 lat temu.

    OdpowiedzUsuń