czwartek, 24 lipca 2014

O związkach małych i dużych

źródło: www.fact.co.uk


Z Anką nie wyszło nam od razu. Przez długi czas byliśmy znajomymi i prócz zwykłego 'cześć' i okazyjnie spędzanego czasu razem nic się nie działo. Ani ja nie byłem nią zainteresowany z początku, ani ona mną. I tak to zwykle zaczynają się tego typu historie - że nikt nic, nigdzie, pod żadnym pozorem - aż tu nagle bęc. I dwójka ludzi nagle jest ze sobą i oboje nadal się dziwią jeszcze trochę, że to tak wyszło.


Ale zacząłem potem doceniać tę małą osobę u swojego boku. Podobały mi się jej kitki, a także wiecznie uśmiechnięta buzia. Patrzyłem okrągłymi, niebieskimi oczami na jej poważną minę, gdy w skupieniu wykonywała jakieś zadanie. Mogłem patrzeć tak bez końca i nieba jej uchylić. Bo zawróciła mi w głowie totalnie. Opowiadałem o niej wszystkim znajomym, chwaliłem się rodzicom, jaką to fajną dziewuchę mam. I przyszedł czas pójścia do łóżka - ten pierwszy raz. I wyjątkowe to było w całej swej okazałości, bo bez stresu, nerwów, obaw, że każdy się zawiedzie sobą wzajemnie. Była radość, szczęśliwe oczy i błogość zmieszana z beztroską. A w pewnym momencie do tego duetu doszła pewna pani, która Ankę wygoniła ode mnie. Bo trzeba dodać, że Anka była moja dziewczyną w przedszkolu, a łóżko polegało na leżeniu obok siebie i wygłupach podczas leżakowania.

Z Adelą przypadku nie było. Pewnego dnia pomyślałem sobie - 'ona będzie moja'. A potem to już robiłem wszystko, by tak się stało. Podchody, umizgi, uśmiechy, komplementy i adorowanie. Wiedziałem, że wszystko idzie jak po maśle - gwiazdy mi sprzyjały i z życzliwością patrzyły na to, co robię. Nie pozostało mi nic innego, jak postawić kropkę nad i. Taką samą, jak w słowie 'chodzić', gdy na karteczce spisałem prośbę o chodzenie. Niezawodne klasowe łączniczki, nie bacząc na ryzyko, dostarczyły karteczkę kilka ławek do tyłu, nie wzbudzając podejrzeń nauczycielki. Odpowiedź była równie oryginalna, co pytanie. Nadeszła na następnej przerwie. To sprytne dziewczę- oszczędne w słowach, a szczodre w gestach, zaprosiło mnie do gry w gumę na szkolnym korytarzu. Jednakże sielanka nie trwała wiecznie, bo nie udało nam się dotrwać razem do końca tygodnia. Proszę wysokiego sądu, różnica charakterów, nie było pożycia, prosimy o wyrok bez orzekania o winie.

Joanna to pierwsze szkolne pocałunki i znajomość od maleńkości. Dzieliły nas plac zabaw i jeden blok, więc daleko do siebie nie mieliśmy. Wspólne spędzanie czasu, łażenie po działkach, wygłupianie się na trzepaku. I tak jakoś znów wyszło przypadkiem, nie z naszej woli, bo pod presją innych. Bo 'zakochana para', bo to i tamto. Bo ktoś rzucił pomysł, by się pocałować - nawet taką elektroniczną kostkę przyniósł ze sobą, by powiedzieć nam, ile razy powinniśmy to zrobić. Byliśmy jak aktorzy, którzy odgrywali swoją rolę - w myśl scenariusza i reżyserii kogoś innego. Ale zagraliśmy na tyle przekonująco, że wypaliło to nawet na moment. Takie małżeństwo z rozsądku - niestety również o krótkim stażu.

Alicja natomiast - oh, to był ciężki orzech do zgryzienia. Złamane serce, brak chęci do odrabiania matematyki, którą to wtedy uwielbiałem. Mało jadłem i przestałem pić nałogowo Kubusie. Bo wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten Marcin, który wpieprzył się między wódkę, a zakąskę. I rozsiał czar swój na tyle skutecznie, by odebrać mi ją. Ja do niej słowami, a on do niej gumą Turbo. Ciężko było konkurować z łakociami ze szkolnego sklepiku. Potem stwierdziłem, że nie jest to warte moich nerwów, trosk i zdrowia, więc na powrót pokochałem matematykę, a Kubusie znów zagościły w lodówce. A Marcinowi z Alicją i tak nie wyszło.


I tak przyglądam się niektórym związkom obecnie - wśród znajomych, tych bliższych i dalszych i widzę te swoje przygody sprzed kilkunastu lat. Związek, który powstał totalnie z przypadku? Jest taki. Inny, który się szybko rozpoczął i równie szybko skończył? Proszę bardzo, kilka mogę wymienić. Presja otoczenia albo wydarzeń - już poważniejszych niż elektroniczne wybieranie liczby pocałunków - np. ciąża. Są i takie. Ale grunt, by w obecnych, już znacznie dojrzalszych relacjach, móc czasem czuć się tak beztrosko i dziecięco. By wśród wręczanych kwiatów można było na przykład skryć gumę Turbo. A pewnego leniwego i niedzielnego popołudnia, gdy nie chce się nikomu wychodzić spod kołder - zrobić własne leżakowanie. I może potem, miast gumy, zagrać w statki lub warcaby. 

6 komentarzy:

  1. Kilkanaście miesięcy temu obiecałeś wpis o związku na odległość (nie wiem czy nie jeszcze na poprzednim fanpage'u) i tak na niego czekam.....i czekam.....i czekam....sama będąc w chwilowej relacji na odległość....

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pokochałam ten post za puentę. Drogi Piotrze, zawsze potrafisz przemycić między zdania coś, co mnie urzeka.
    (coś mi nie wychodzi z tymi komentarzami na Bloggerze, chyba czas się na stałe przenieść na fejsbuki)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dawno mnie u Pana nie było i zapomniałam, że Pan tak ładnie pisze. A teksty tu ciągle takie przyjemne! I każdy kolejny coraz lepszy. Gratuluję ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie moge nigdzie znaleść odpowiedzi na nurtujace mnie pytanie, czy uwazasz że można sie na tyle bać odrzucenia i kolejnego zawodu miłosnego by nie chciec sprobowac byc z kims nowym? Wiem ze on cos di mnie czuje, ze nie jestem mu obojetna tak jak on dla mnie ale czy nie popełniłam bledu angażując sie w taki uklad? Rozmowy, sms, wiadomości, zwierzenia, czułości, sex trzymanie za ręce? Na to jest gotow a na krok do przodu określenie sie juz nie? Sama nie wiem co o tym myslec ;(

    OdpowiedzUsuń