czwartek, 22 maja 2014

Ranking seriali

źródło: someecards.com



Jako, iż jestem maniakiem serialowym, o czym zresztą wspominam w zakładce 'o mnie' i pochłaniam produkcje brytyjskie i amerykańskie łopatami, uznałem, że warto stworzyć własny ranking ukochanych produkcji, które wywarły na mnie ogromne wrażenie. Będzie złota piątka, produkcje, które zdecydowanie łapią się do czołowej dziesiątki, ale nie są w stanie wskoczyć na pozycje 1-5 i kilka innych, które aspirują do miana dobrych acz nie wybitnych. Kolejność w zakresach 1-5 i 6-10 zupełnie przypadkowa.



1-5


House M.D.

Mój pierwszy serial, który nie był oglądany w telewizji, a tylko i wyłącznie na laptopie. Serial, który zawładnął moim sercem dzięki świetnemu scenariuszowi, jak i dzięki postaciom, które naprawdę zostały rewelacyjnie nakreślone. Hugh Laurie jako kulejący, mizantropijny i genialny doktor z impetem zajął miejsce w czołówce ulubionych postaci i nie daje się wygryźć z niej po dzień dzisiejszy, mimo słabszych ostatnich sezonów, jak i tego, że serial nie jest już produkowany od dwóch lat.
Według mnie, szczyt serialu przypadł na czwarty sezon, a ukoronowaniem zdecydowanie były dwa ostatnie odcinki - House's Head i Wilsons's Heart.

Breaking Bad

Miałem dwie próby do tego serialu. Pierwsza okazała się totalną klapą, a dwa początkowe odcinki niesamowicie mnie wynudziły i dałem sobie z tym spokój. Przy drugim razie też nie było łatwo, bo pierwszy sezon ciągnął się jak flaki z olejem, ale tylko dlatego, że się uparłem, postanowiłem kontynuować przygodę. I okazało się, że było to strzał w dziesiątkę. Mimo pewnej surowości, ujawniającej się chociażby w spokojnym klimacie małego Albuquerque (trzeba przyznać, że widz przyzwyczajony do akcji dziejącej się w większych miastach, ma z początku pewien kłopot w odnalezieniu się w sytuacji), "zażarło" i mogłem oglądać fascynującą przemianę Waltera White'a w Heisenberga. Serial skończony w idealnym momencie - nie za wcześnie i nie za późno, przez co nie było efektu znudzenia, a ogromne 'wow', by zaraz powiedzieć - szkoda, że już się skończyło.

Mad Men

O tym serialu pisałem już w kontekście kobiet w nim występujących (notka "Uwielbiam kobiety z Mad Mena"). Jako krótki opis może posłużyć wstęp z tamtego wpisu:

Pamiętam, że House rozpoczął moją przygodę z serialami zagranicznymi i od pierwszego odcinka zawładnął moim sercem. Pamiętam pierwsze pożeranie sezonu za sezonem i te wszelkie emocje, które wyzwalały się podczas oglądania. Pamiętam też moje niejakie zdziwienie spowodowane tym, że House stracił palmę pierwszeństwa podczas nagród Emmy czy Złotych Globów. Samodzielny król kategorii "Drama" nagle został zuchwale zrzucony z tronu, a jego miejsce zajął niejaki Mad Men. Długo czekałem na to, by ugryźć ten serial, ale gdy nadszedł pierwszy kęs, dalszemu jedzeniu nie było końca. Dla niewtajemniczonych- Mad Men to serial opowiadający ni mniej, ni więcej, jak o szalonych chłopcach z Madison Avenue, którzy pracują w agencji reklamowej na przestrzeni lat 60-tych XX wieku. Idealny serial i perfekcyjny w każdym detalu- od scenografii, kostiumów po modele zachowań i mentalność ludzi z tamtego okresu. Nie ma tam postaci z papieru, płaskich niczym chodnik.


I tak właśnie jest. Z przyjemnością ogląda się Dona Drapera, który przeżywa wzloty i upadki, ale cały czas nie brak mu uroku. Warto nadmienić, że w tym momencie emitowany jest ostatni już sezon serialu.


House of Cards


Najmłodsze dziecko pierwszej piątki. Urodziło się i zachwyciło wszystkich - ze mną na czele. Już na koniec pierwszego odcinka zbierałem szczękę z podłogi, by potem, przy każdym epizodzie, powtarzać tę czynność wielokrotnie. Genialna fabuła, dialogi, polityka (czyli coś, co mnie kręci) w brudnym wydaniu i idealnie skrojony schwarzcharakter, w który wcielił się ukochany przeze mnie Kevin Spacey. Facet-geniusz. A w momencie łamania czwartej ściany i bezpośredniego zwracania się do widza, ciarki na karku są bardziej niż pewne. Przykładem może być ta scena (2x01).

Dowód na to, że internetowe produkcje (bo HoC jest wielkobudżetową machiną bez udziału telewizji) powoli będą podbijać świat seriali. Jeśli poziom będzie taki, jak w przypadku opowieści o Franku Underwoodzie, sukces niewątpliwie będzie gwarantowany.


The Sopranos

Serial, za który zabrałem się 6 lat po jego zakończeniu. I chyba dobrze, bo jako nastoletni chłopak zdecydowanie nie doceniłbym go tak, jak teraz. Opowieść o Tonym Soprano i syndykacie z New Jersey stała się już kultowa - HBO rozbił bank tą produkcją i umościł się na tronie w królestwie seriali, gdzie zasiada po dzień dzisiejszy. Agresywny, wulgarny, przesycony pornografią, jak zwykło się mawiać - to wbrew pozorom nie tworzy głównego dania, a jedynie jest przyprawą (właściwą i w idealnych proporcjach), która nadaje głębi smaku tejże produkcji. A frazy wypowiadane przez Tony'ego jak np. 'she's dead to me' albo 'cocksucker' zostają w pamięci na długi czas.

Bardzo dobre i niecodzienne zakończenie finalnego odcinka, które jednych zachwyciło, a innych potężnie zdenerwowało. Doczekało się również parodii w piosence na otwarcie ceremonii rozdania nagród Emmy.


6-10

Band of brothers

Znakomita historia wojenna, która swym formatem jako miniserial, zmiażdżyła system. Jest tam wszystko, czego widzowi (głównie męskiemu, ale to nie jest regułą) potrzeba - sceny batalistyczne, strzelanie, walka, strach, radość, dosłownie cała paleta emocji. I te spocone oczy, gdy serial się kończy, a potem są opisane dalsze, powojenne już losy bohaterów - bo trzeba zauważyć, że postaci oparte są na prawdziwych żołnierzach, których potem możemy zobaczyć na ekranie.

How i met your mother

Świeżo zakończony serial, który, będąc z założenia komediowym, miał prócz salw śmiechu momenty poważne, by nie powiedzieć - smutne i wzruszające. Paczka przyjaciół z Nowego Jorku nie jest nieudolną podróbą serialu "Friends" jak niektórzy lubią twierdzić. To zupełnie inna półka. 20-minutowe odcinki pozwalały na oglądanie całych sezonów w ciągu jednego dnia. Szkoda tylko, że dwa, trzy ostatnie były zdecydowanie słabsze od pozostałych, ale zakończenie, według mnie, na szczęście uratowało ten serial - i tutaj plus dla scenarzystów, którzy byli konsekwentni w tym, co robią, gdyż główne założenie nie zmieniło się przez 9 lat trwania produkcji.

True Detective

Długo zastanawiałem się, w której części umieścić ten serial. Czy piątka, czy już dalsze miejsca. Tylko dlatego, że powstał jak do tej pory jeden sezon, produkcja nie zawitała na wyższych miejscach, ale z typową dla nowicjusza śmiałością, bezczelnie i z zadziornym uśmiechem łomocze do bram czołówki. Nie pamiętam serialu, który byłby tak ciężki - lepki, brudny i przytłaczający w swej atmosferze, dialogach, scenach i widokach Luizjany. Nie pamiętam też, kiedy autentycznie czułem strach oglądając daną produkcję, a tak właśnie było podczas oglądania dwóch ostatnich epizodów. Genialna rola McConaughey'a, który w duecie ze świetnym Harrelsonem pozamiatali system - miejmy nadzieję, że następne sezony (z nową fabułą i nowymi postaciami) będą stać na tym samym poziomie, co pierwszy - jeśli tak, awans do pierwszej piątki jest przesądzony.

Boardwalk Empire

Uwielbiam seriale, które nie dzieją się w czasach nam współczesnych. Pod warunkiem, że są dobrze zrobione, a widz ma poczucie, jakby się cofnął o kilkadziesiąt lat wstecz. Tak samo jest i z tą produkcją, która magicznie przenosi nas w lata 20-te XX wieku w nieczysty świat mafii amerykańskiej, która święci swoje tryumfy dzięki prohibicji. Serial, dzięki któremu Steve Buscemi mógł na nowo przypomnieć się światu i pokazać, że potrafi być genialny nie tylko w drugoplanowych rolach, gdyż również z powodzeniem odnajduje się jako główny bohater.


Game of Thrones


Nie łapię się w imionach połowy bohaterów, po tygodniu nie pamiętam, kim była 1/3 postaci, ale to nic. Ekranizacja książek Martina podbiła świat i zaintrygowała również i mnie. Obecnie trwa czwarty sezon, który gniecie wszystko inne, a ja, co epizod, mogę wydawać z siebie odgłosy w stylu 'woooow', 'uoaaah' itp. Dobrze zrealizowany, aktorzy trafnie dobrani, a fabuła, mimo wielowątkowości, bardzo dobrze nadaje się do zjedzenia i z dużym smakiem. Chociaż, gdyby zabrakło Tyriona Lannistera, to serial mocno straciłby dla mnie na znaczeniu, gdyż Dinklage fantastycznie wciela się w swoją postać (a jako, że nie czytałem książek, to żyję w słodkiej nieświadomości odnośnie tego, co może się wydarzyć). 


Pozostałe
(seriale mogą się powtarzać)

Produkcje, którym niewiele zabrakło do pierwszej dziesiątki: Shameless, Sherlock, Homeland 

Obecnie na topie: Shameless, Hannibal, 

Brytyjskie cudeńka: Sherlock, Luther, Black Mirror, Peaky Blinders 

Seriale, które były świetne, a teraz są tylko poprawne: Grey's Anatomy, The Big Bang Theory, Californication

Komediowe: Scrubs, The Big Bang Theory, Louie, New Girl

Zasługują na uwagę: Orange is the new black, New Girl, Suits, The Walking Dead

Seriale, które czekają na obejrzenie, a mogą sporo namieszać w czołówce: The Killing, The Wire

Polskie: Glina, Pitbull, Ekipa, Usta-usta 


5 komentarzy:

  1. Jako maniak wszystkiego co medyczne, House'a i GA pochłaniam od pierwszych odcinków. I z dziką rozpaczą przyjęłam fakt zakończenia tego pierwszego;) aaale od czego są internety i dvd :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Synowie anarchii- ja się wciągnęłam bardzo

    OdpowiedzUsuń
  3. Polecam także angielski "Broudchurch":)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dwie produkcje emitowane na Comedy Central- mówi się, że podobne do Friendsów, ale to częściowo bullshit - no to gdzie "Friends" ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam. Ja również bardzo lubię Breaking Bad i Grę o tron. Zapraszam na swój blog z rankingiem seriali:
    http://www.filmweb.pl/user/dirt16/blog/545748

    OdpowiedzUsuń