czwartek, 6 marca 2014

O smutku

" - Nigdy nikogo tak nie kochałem, jak Ciebie.
- Ja też nie."

"Stul mordę. Odezwiesz się jeszcze raz, szmato, to cię zajebię."

Pierwszy cytat jest czymś, co dziś usłyszałem. Drugi tym, co przeczytałem. Co mają one wspólnego? Duże pokłady smutku, który osaczył mnie dziś swoimi różnymi odcieniami. Na tyle mocno, że gdyby nie fakt, że jestem na antybiotyku i pracuję dziś, to z chęcią bym się napił, zapalił papierosa i patrzyłbym się obcym wzrokiem na tramwaje, które bardzo powoli kończą swoją dzienną przygodę na pętli, przy której mieszkam. 

Bo gdy człowiek zetknie się ze smutkiem, który ma wiele twarzy, a jeszcze na dodatek zrobi to w dość krótkim odstępie czasu, to musi się napić. Skoro nie mogę tego zrobić, to będę pisał. I niech te kilkadziesiąt zdań będzie niczym butelka dobrego wina, albo kilka puszek piwa. 


Pierwszy cytat pochodzi z filmu "Her", który to dziś obejrzałem. Filmu będącego przepiękną opowieścią o smutku - przynajmniej w moim odczuciu. On jest nim namalowany. W bardzo subtelny, delikatny sposób. Na tyle, że człowiek nurza się w nim i, paradoksalnie, sprawia mu to przyjemność - ze względu na jego piękno. Bo smutek, czasami, może być piękny. Nie musi ono tkwić tylko w pozytywnych emocjach, chwilach, rzeczach. I dziś widziałem ten smutek w całym swym pięknie i ulotności. I unikalności, bo podczas oglądania filmu czuje się, jakby był on skomponowany tylko pod moją osobę. Jakby dzieliło się z obrazami i bohaterami najbardziej prywatne chwile. I to jest wspaniałe i sprawia, że wrócę do tego filmu raz jeszcze, w niedalekiej przyszłości. Może w momencie, gdy będę potrzebował ujrzeć piękno w smutku. 

Drugi cytat jest przeciwieństwem tego pierwszego, mimo że smutek wciąż jest wartością wspólną. Ale w tym wypadku nie ma piękna. Jest brud, lepkość, dyskomfort zmieszany ze strachem. Pochodzi z wiadomości, którą dostałem od pewnej osoby. Osoby uwięzionej w chorej relacji, z której nie potrafi i nie chce się wyrwać. Z relacji, w której jest mieszana z błotem, o którą wyciera się buty, a następnie na którą oddaje się mocz. Toksyczność wylewa mi się z ekranu, gdy czytam zdanie po zdaniu. Ścieka na panel z głośnikami, by wpłynąć potem między klawisze. Porywając przy okazji szok związany z tym, że autorka wiadomości kocha swojego oprawcę, a winę bierze na siebie, bo to wszystko przez jej osobowość. Że zasługuje na to wszystko. 

I tak wpadła z impetem w moją przestrzeń, wlała mi w gardło te wszystkie słowa tak, że mam ochotę zwymiotować. Wyrzygać to wszystko na podłogę przed siebie. I wykrzyczeć całą tę bezsilność, która we mnie siedzi, gdyż nic nie mogę zrobić prócz namawiania, by się postawiła, by uciekała, gdzie pieprz rośnie. A im dłużej przekonuję, to tym bardziej mam wrażenie, że rzucam grochem o ścianę.

Kiedyś pisałem na Facebooku, że słowami pochwały potraficie wywindować moje ego i wprowadzić mnie na Olimp, by po chwili wiadomościami takimi jak te, zepchnąć mnie na sam dół, w jakąś dziwną otchłań, gdzie nie dochodzą promienie słońca. 

Mam ochotę się napić. Ale zamiast alkoholu mam słowa. Wystukiwane powoli w rytm ścieżki dźwiękowej z "Her", która leci w tle. 

4 komentarze:

  1. Nie ma sensu rzucać tym grochem. On nie dolatuje gdzie trzeba, potem leży, ty po nim stąpasz i boli.
    (Mogę wypić za ciebie.)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piotrze, żadna relacja damsko - męska nie jest zdrowa.
    Nie ma co się smucić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Miłość w każdej postaci, jest podstępnie podszyta smutkiem.
    Vanitas vanitatum...

    OdpowiedzUsuń