wtorek, 29 października 2013

Słów kilka o Łodzi

Tekst ten kończy kilkudniową sraczkę monotematyczną, która to skupiona była wokół Łodzi. Wracamy po nim do innych światów, które są rozlokowane po Poznaniu i Koszalinie.


Łódź, jak się okazuje, da się polubić. Pierwszy kwadrans potrafi zdołować, bo wjeżdża się do części miasta, która idealnie nadaje się do scenografii w nowszych pozycjach Call of Duty, albo w filmach o klimacie postapokaliptycznym. Do tego dodać trzeba szpecące grafy, które są autorstwa kibiców albo Widzewa, albo ŁKS-u. Nasrane wszędzie – gdzie się da i gdzie, zdawałoby się, nie da. Nawet na drzewach jak nie raz, nie dwa widziałem.

Pierwszą moją refleksją była myśl, że żeby mieszkać w Łodzi, trzeba nieustannie pić. Cały czas. Wnioskuję po tym, że na monopolowe można natknąć się na każdym kroku i nie trzeba iść dłużej niż trzy minuty piechotą, by móc zaopatrzyć się w taki trunek, jaki się tylko zapragnie.

Jeżeli przyjeżdżasz z Poznania, gdzie przy pół miliona zameldowanych mieszkańców, jest ponad sto tysięcy studentów, to da się łatwo zauważyć, że to głównie miasto starych ludzi. Młodych w większych skupiskach można spotkać na Piotrkowskiej, w pubach, klubach (wiadomo), czy w okolicy Manufaktury.

Łódź jest destruktywna w ogóle, bo jeśli nie niszczy się wątroby, to wali rakiem po płucach – masakrycznie duży odsetek ludzi jara fajki. Nie pamiętam, żebym widział tak wiele osób na chodniku z papierosem w ręku. No chyba, że 10 lat temu, kiedy to jeszcze nie było mody na rzucanie palenia i zdrowy tryb życia. Anyway – miasto nałogami stoi!

Ale, ale, ale… Łódź to także duże miasto (rozjebane totalnie [w sensie przestrzennym] i rozciapane w swym rozciągnięciu), które da się polubić. Które potrafi zauroczyć. Potrafi to zrobić swoimi muralami, potrafi oczarować kamienicami, kamieniczkami, które są piękne nawet wtedy, gdy nie są odrestaurowane. A gdy już są – klękajcie narody, wygląda to wspaniale. Odrestaurowane fabryki, stare obiekty przemysłowe – mega. Zajebista jest elektrociepłownia PGE na Widzewie przy muzeum Se-Ma-Foru.

Bardzo już lubię to miasto za to, że ma pub, w którym jest masa starych książek, a na ścianach, w antyramach, powieszone są okładki z przedwojennego Ilustrowanego Kuriera Codziennego. Dla mnie magia. Mógłbym tam przesiadywać codziennie. No i oczywiście, nie mogło zabraknąć miejsca dla Manufaktury, czyli dla perełki jeśli chodzi o centra handlowe spełniające także jakąś tam rolę kulturalną. W części restauracyjnej są cytaty o jedzeniu – nie ma nic lepszego niż słowa wielbiące dobrą strawę.

Podsumowując – Łódź nie utrzymało się na podium znienawidzonych przeze mnie jednostek miejskich. Spadło zdecydowanie w dół tej niechlubnej listy. Udowodniło, że można w nim mieszkać, można spędzać w nim aktywnie i kreatywnie czas. Że można, na swój sposób, często pokręcony, je nawet polubić. *

* czego nie można powiedzieć o Katowicach i całej Aglomeracji Śląskiej, która dołuje mnie za każdym razem, gdy tam jestem (hejter).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz