niedziela, 22 września 2013

Jesień bez ciebie


źródło: tumblr



Nie chcę tej jesieni przeżywać bez ciebie. Za dużo ich było, by teraz z kolejną zmagać się w pojedynkę. Wiesz, wiosnę i lato jeszcze mogłem znieść. Zimę również – ulepiłem bałwana przed klatką i za każdym razem jak wychodziłem z domu, to mogłem się do kogoś uśmiechnąć i powiedzieć ‘dzień dobry’.

Ale jesień jest zawsze najgorszym okresem i już tak dobrze sobie nie radzę jak w pozostałe pory roku. Bo żadna to frajda odklejać mokre liście od podeszwy buta w pojedynkę. Nie ma przyjemności w tym, by pierwszy raz w danym roku wybrać się samemu do apteki po Fervex. Zawsze lepiej, gdy można zagotować wodę do dwóch kubków z proszkiem niż do jednego.
Poza tym, znudziło już mi się chwytanie wiatru za rękę. Ani to przyjemne, ani na dłuższą metę normalne. Tylko dłonie marzną, a skóra potem robi się taka sucha jak papier. A ja zawsze miałem ładną skórę, dłonie przyjemne w dotyku i chciałbym, żeby tak to zostało. Dlatego potrzebuję ciebie i twojej dłoni, by móc ją złapać. Myślę, że wiatr się mocno nie pogniewa na mnie, a i ja będę szczęśliwszy.


Jesienią zawsze czuję się bardziej samotny i nie sądzę, żeby teraz to się zmieniło na lepsze. A przy tobie tak się nie czuję. Przy tobie jestem kompletny, nie ma we mnie braków, które na co dzień doskwierają – zwłaszcza pod wieczór. Dla ciebie jestem w stanie podzielić się kocem. To nic, że z frędzli nitki się już prują. Jest on naprawdę wygodny i daje ciepło. Pozwolę dotykać ci moich książek, nawet zabierać je do twojego domu. Bo nawet jak pomyślę, że ty możesz przesuwać swoimi opuszkami po ich okładkach, kartkować powoli każdy egzemplarz z kolei, to na sercu robi mi się cieplej.

Nie zapominaj, że jesień do początek sezonów wielu seriali. A przecież zawsze lepiej oglądać we dwójkę. Przyznasz, że lepiej przytulić się do kogoś obok, gdy ogląda się zombie w Walking dead. A za dwa miesiące będziemy mogli się przekomarzać odnośnie tego, że nie kupimy sobie małych prezentów na Mikołajki, a potem i tak każdy z nas znajdzie jakiś upominek, by sprawdzić niespodziankę szóstego grudnia.
Jesienie są chujowe, a ja nie radzę sobie z chujowymi sytuacjami i okresami. Można powiedzieć, że sam jestem chujowy wtedy, dlatego potrzebuję twojej pomocy, twojego wsparcia. Będę robił ci herbatę gorącą co wieczór. Będę uparcie przypominał tobie, byś zakładała czapkę i szalik, bo na zewnątrz coraz zimniej się robi.

Podobno to mit, że jesienią popełniana jest największa liczba samobójstw, ale ja wolę nie ryzykować. Ja jestem pragmatyczny, więc w tym wypadku dmucham na zimne. Chciałbym, żebyś ty ze mną dmuchała, to będzie nam łatwiej i tak jakoś… raźniej. Nie chcę ciebie raz na jakiś czas. Jesień nie przychodzi na kilka dni, a potem znika na tydzień. Dlatego ty też nie możesz znikać. Musisz tu być ciągle. Bo jeśli zacznę się rozlatywać, to trzeba będzie mocno mnie objąć, bym do reszty się już nie posypał.

Zimą ulepiłem bałwana. Jesienią mogę co najwyżej zrobić ludzika z kasztanów. Ale to nie to samo, co bałwan, dlatego, raz jeszcze ci powiem – nie chcę tej jesieni przeżywać bez ciebie.

środa, 18 września 2013

pieprzę cię miasto

Nie lubię powrotów do domu rodzinnego. Czasem patrzę z zainteresowaniem jak niektórzy piszą, iż jak to dobrze być w domu, jak miło wrócić ze studiów do siebie – chociażby na chwilę.
Mówiąc dom rodzinny, mam na myśli – miasto rodzinne. Nie lubię swojego miasta. Przestałem je lubić po pierwszym roku studiowania, gdy praktycznie wszystko, co definiowało mnie jako osobę, warunkowało moje życie na większości płaszczyzn, przeniosłem ze sobą do Poznania.

Z miastem rodzinnym łączą mnie teraz Matka, Dziadek i pierwszy oddział Urzędu Skarbowego. Niby ma to powyżej stu tysięcy mieszkańców, niby jest gdzie wyjść i coś zrobić, ale to nie to samo, co w Poznaniu. Nie mam już tutaj przyjaciół, z którymi w każdej chwili mógłbym wyskoczyć na piwo, na papierosa, pogadać przy herbacie czy przejść się na spacer. Przyjaźnie przeniosły się do Poznania, a nawet i do innych miast.

W Koszalinie zostały tylko liście i mokry chodnik od deszczu, który gdy latem wygląda jeszcze jako tako, to teraz lepiej spuścić zasłonę milczenia. Gdybym mógł, to uciekłbym już następnego dnia. Niestety, przymusowa wizyta w mieście, gdyż w Poznaniu do końca września byłbym bezdomny.

Depresja, szarość, smutek, skurwienie i ogólny marazm pomieszany z kiłą i niedożywieniem. Czuję się jakbym wkraczał do miasta, w którym panuje wojna. Taka mentalna. Gdzie poza ubóstwem na nic dobrego nie mogę liczyć. Zakopuję się w kołdrze, w łóżku u siebie, barykaduję drzwi i taka to moja interakcja z tą moją małą ojczyzną. Nie lubię, moja mała ojczyzno, twoich ulic i mieszkańców. A co za tym idzie – siebie nie lubię, bo mieszkańcem twoim nadal jestem. Nie lubię siebie, gdy jestem u ciebie. Gdzie indziej jeszcze jako tako mogę siebie tolerować, tutaj sprawa ma się już gorzej.

Brakuje mi, że masz braki w ulicznym uzębieniu. Że zabrano tobie tramwaje ponad 70 lat temu. I nie szkodzi, że jeszcze 5 lat temu mi to nie przeszkadzało. Teraz mi to przeszkadza. Poznałem lepsze ojczyzny od ciebie i już nie wydajesz mi się tak atrakcyjna, jak kiedyś. Byłaś jak ta kochanka, z którą idealnie spędzało się upojne noce, a za dnia byłaś wspaniałą opiekunką, gdy potrafiłaś ukoić mnie po tychże nocach.

Dzisiaj jesteś panią z licznikiem posuniętym o lat kilka. Pończocha ci się podarła, szminka rozmazała, a tusz do rzęs zmieszał ci się z łzami i nie wyglądasz już tak ładnie. Nawet w tej sukience, w którą to już ledwo co się mieścisz.

Nie lubię ciebie na dłużą metę, tolerować mogę cię przez trzy dni góra. Potem chcę spać na osobnych łóżkach, a przy śniadaniu chcę co najwyżej buziaka w policzek, a nie namiętnego pocałunku.

Nie lubię cię, uosobienie zastoju, ucieczki młodych ludzi, atmosfery kurortowej i domu spokojnej starości. Nie wiem czy chcę wrócić do ciebie kiedykolwiek na dłużej. Na pewno nie teraz, gdy mentalność mam żywiołową, pełną energii – bo wiesz, nawet bez skrępowania mogę tobie powiedzieć, że oglądam się za Poznaniem, Krakowem czy też Wrocławiem, gdy paradują koło mnie w kusych sukienkach bądź spódniczkach. One mnie podniecają, nie ty. I chyba już tak beznamiętny przy tobie jestem, że mogę ci to prosto w twarz powiedzieć, albo prosto w bruk.

Ale wiedz, że gdy jestem w ramionach tych innych, co to nawet i mają prawo do bycia miastem wojewódzkim – nie tak jak ty – to ja zawsze sprawdzam, co u ciebie. Na odległość, ale zawsze. Interesuje mnie to, czy podpalili tobie jakiś śmietnik. Czytam o ulicach, które u ciebie remontują, byś odnalazła swój dawny blask, swoją świetność. Wkurwiasz mnie na ogół i czasem chciałbym dać ci w pysk bez pardonu, nie przepraszając potem, to jednak jest to wszystko tak, jak śpiewała Peszek kiedyś:


Pieprzę cię miasto, jesteś jak stare ciasto. 
Miasto, pasożycie, pieprzę cię nad życie. 
Ale też nie widzę innego miast ciebie, 
więc pieprzę cię miasto czule 
bo jesteś moim miastem 
Któremu znów wrzasnę: