niedziela, 14 kwietnia 2013

Wspólne mieszkanie



Decyzja o zamieszkaniu z sobą, to bardzo poważny krok w związku dwojga ludzi. Wszelkie wady, albo osobliwe upodobania, które nie rzucały się tak mocno w oczy, przy wspólnym życiu w czterech ścianach prędzej czy później wyjdą na światło dzienne.

Wspólne zamieszkanie to świetny test dla związków. W momencie, gdy opadnie cały ten entuzjazm w początkowym okresie, mamy możliwość przekonania się czy decyzja była podjęta słusznie, czy też nie. Czy stać nas na wszelkiego rodzaju kompromisy, sprawiedliwy podział obowiązków- to wszystko jest weryfikowane.

Jeżeli nie wypali- trudno. Widać, że nie było to pisane i wspólne życie po prostu nie wychodzi. Ale nie ma co się załamywać, bo gdyby nie decyzja o zamieszkaniu ze sobą, bolesne zderzenie z rzeczywistością byłoby tylko odwleczone w czasie. W momencie, gdy człowiek zmierzy się z codziennością, z powszechnymi drobnostkami typu „teraz ty zmywasz naczynia”, to pozostaje mi tylko pogratulować- test zdany.

Jeżeli ktoś zastanawia się czy to jest właśnie to, czy chce się w pełni zaangażować i traktować to jako coś bardzo poważnego, a nie na zasadzie- ot, jest związek no i spoko- radzę zamieszkać ze sobą. Jeżeli dwie osoby tego chcą, czują, że sprostają temu- jak najbardziej jest to dobry pomysł. W momencie, gdy nie wyjdzie, jak już mówiłem, nie ma co płakać i robić z tego tragedii, bo koniec końców człowiek wyciąga pozytywną i wartościową lekcję.

A poza tym, mieszkanie ze sobą zbliża ludzi. Pojawia się większa intymność, jest okazja do dowiedzenia się o sobie czegoś więcej, czego nie pokaże związek rozbity na dwa mieszkania. Jesteśmy ze sobą dzień w dzień, nie licząc momentów, gdy ktoś z jakichś powodów gdzieś wyjeżdża. Nie ma miejsca na myślenie w stylu „dobrze, jest fajnie, ale chcę trochę pobyć w samotności, więc widzimy się za dwa dni- u mnie, albo u ciebie”. Takie sytuacje zostawiło się dawno za sobą, w momencie, gdy oboje mamy klucze do tego samego zamka.

I czasem pojawia się pragnienie bycia samemu, tylko dla siebie. Zrobienia czegoś bez oglądania się na innych. To jest zdrowy egoizm, który w normalnych dawkach u każdego występuje i nikt nie powinien robić z tego problemów, albo mieć przez to wyrzuty sumienia. Ale zapewniam, że da się osiągnąć to nawet i pod wspólnym dachem. Tam, gdzie zdarzy się zostawić skarpetki na podłodze, a nie w koszu na brudne ubrania. Tam, gdzie słyszysz, by zamykać drzwi, jak idziesz robić siku.

I to nic, że czasem są kłótnie o pierdoły. Kłócić się należy. Gorzej, jeśli miast kłótni jest milczenie. Wtedy jest problem. Wiadomo, że pojawia się strach w momencie, gdy mowa o wspólnym mieszkaniu przestaje być tylko zwykłym gadaniem, a przechodzi w fazę realizacji. Sam się cholernie bałem tego. Czy wytrzymamy ze sobą, czy nie pozabijamy się po kilku dniach. Czy nie będziemy wchodzić sobie na głowę. Strach jest naturalny. Ale wiem jedno- w tamtym momencie, mimo dużego strachu, jeszcze większe było pragnienie bycia ze sobą na wyższym poziomie. I to pragnienie przeważyło, a koniec końców strach całkowicie zniknął, ustępując miejsca satysfakcji z tego, że podjęło się taką, a nie inną decyzję.

Jeżeli ktoś chce spróbować- róbcie to. Jeżeli czujecie się na siłach, by podjąć się tej odpowiedzialności (a jest ona przecież duża), to nie wahajcie się ani chwili dłużej. W razie gdyby nie wyszło- tak miało być. Wyjdzie z pewnością z kimś innym. Ale na pewno nie będziecie żałować, że się spróbowało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz