poniedziałek, 9 grudnia 2013

Tramwajowe Polaków rozmowy i noga brata Tadeusza

Zostałem dziś 'zmolestowany' przez głośną rozmowę telefoniczną w tramwaju, a więc nie mogę tego dusić i tłamsić w sobie, toteż z Wami podzielę się ową historią.


Jest na świecie wiele osób – też mi odkrycie, wiem. Ale większość nie zdaje sobie z tego sprawy, że żyje ktoś taki jak Tadeusz. A jeszcze mniej osób wie, że Tadeusz ma brata. A brat ma problem, konkretnie z nogą.

Coś sobie brat Tadeusza zrobił i nie chce powiedzieć co. To znaczy, mówi, że nie wie, co się stało, ale to chyba kolejny kamyczek wrzucany do ogródka tajemnic, jaki jest pielęgnowany przez brata Tadeusza. Bo noga boli, tak mocno nawet. Jest zaczerwieniona i opuchnięta.

Ale co się stało, to nie wiadomo. Wiadomo jednak, że ostatnio coś w tej nodze ‘chrzączy’. Żona brata Tadeusza podejrzewa, że ma to związek z podróżą małżonka i jego najbliższego członka rodziny na Mazury. Co takiego mogło się stać na Mazurach – zapytacie. Na Mazurach jest bioenergoterapeuta, któremu postanowiono powierzyć problem z nogą. Brat Tadeusza nie wierzy w lekarzy konwencjonalnych i stwierdził, że droga przez niego wybrana będzie o wiele skuteczniejsza.

Niestety, chyba nie była, bo ‘chrzączy’. A ‘chrzączy’ pewnie przez to, że za sprawą dotyku bioenergoterapeuty coś zostało sknocone. Tak przynajmniej twierdzi żona brata Tadeusza, która jest tym faktem niezmiernie poirytowana.

Tym bardziej, że wie, iż lepiej było się wybrać do normalnego lekarza. Bo sama kiedyś, kilka lat temu, miała przygody z nogą. Wywróciła się i coś się stało z więzadłami. No i rentgeny, usg i cały arsenał badań lekarskich stosowany na niej niczym na króliku doświadczalnym. Ale przynajmniej wszystko jest już ok i tylko pomysły brata Tadeusza, a jej męża, mierzwią ją niezmiernie.

Dlatego brat Tadeusza się wkurzył i zapisał się do specjalisty. Bo zwykły lekarz, do którego w końcu poszedł, nawet nie przepisał mu środków przeciwbólowych. A noga boli, wiadomo – ani to zejść po schodach, ani szybko skoczyć do lodówki po piwo. Specjalista w Puszczykowie, a termin 28 stycznia. SKANDAL – jak to dość łagodnie stwierdziła żona brata Tadeusza.

I tak biadolą teraz nad tą nogą i nie wiedzą czy robić coś do tego stycznia, czy cierpliwie czekać, czy może założyć własną praktykę lekarską, której pierwszym zabiegiem będzie urąbanie tasakiem nogi brata Tadeusza. Przynajmniej nie będzie boleć, a i jak nogi nie ma, to problemu też nie ma, wiadomo, i wszystko ułoży się dobrze.

I tylko ja nie mogę się teraz doczekać czasu od lutego do przodu, gdzie, mam nadzieję, napotkam znów rezolutną damę, dzięki której dowiem się co z tą nogą, co z Puszczykowem i co z jej mężem, który, przypomnijmy, jest bratem Tadeusza.


A na chwilę obecną nurtuje mnie jedno pytanie – co o tym wszystkim sądzi sam Tadeusz?

wtorek, 19 listopada 2013

kierowniku, nie dorzucę ci się do wina czy do bułki

Znajduję się na dworcu kolejowym, a ktoś prosi mnie o złotówkę do biletu. Idę ulicami miasta, a kątem oka widzę wystawione ręce z tekstem ‘Panie, poratuj”. Bo na bułki, bo na pomidora, a to na zupę ciepłą, a to na flaszkę, bo ‘co cię będę, kierowniku, kurwa, oszukiwał, pić mi się strasznie chce od rana’.

Nie daję. Czasem nic nie mówię i idę przed siebie bez zatrzymywania się, czasem po prostu ‘nie’, a innym razem rzucę tekstem szybkim, że tylko plastik w portfelu bez żywej gotówki. Nie pomagam w ten sposób i nie zamierzam, bo to do niczego nie prowadzi. Zbyt wiele razy się sparzyłem, zbyt wiele historii podobnych do moich sparzeń poznałem, a także już dość nasłyszałem się o oszustwach związanych z żebraniem na ulicy. Od wielkiego dzwonu poczęstuję kogoś papierosem i to tyle, jeśli chodzi o moją działalność charytatywną z poziomu ulicy.

Kiedyś ktoś mi powiedział, że to, co robię jest niemoralne i że bez jakiejkolwiek wrażliwości spycham jeszcze niżej potrzebującego człowieka do rynsztoka (metaforycznie rzecz biorąc). Jakbym każdemu potrzebującemu miał dołożyć się złotówką do tego, czego potrzebuje, jakbym miał obdarowywać papierosem wszystkich tych, którzy o to poproszą, to miesięcznie wyszłoby na to, że jestem lżejszy charytatywnie o kilka paczek papierosów i kilkadziesiąt złotych, co w przypadku studenckiego budżetu nie jest kwotą małą.

Nie jestem organizacją pożytku publicznego, nie pełnię takiej statutowej roli, jaką pełnią np. Polski Czerwony Krzyż czy też Caritas, bo nie mam takich możliwości, nie stać mnie na to, a symboliczną jedną złotówkę daną raz na miesiąc, to mogę sobie sam w tyłek wsadzić, bo przecież nie o symbolikę tu chodzi.

Jeśli już pomagam, to nie konkretnym ludziom, ale organizacjom, do których mam zaufanie, które są sprawdzone (również na szczeblu ministerialnym, bo nie wszyscy wiedzą, ale organizacje pożytku publicznego mają obowiązek się rozliczyć w ministerstwie, chyba administracji i cyfryzacji). Klikam w pajacyka, wspieram wośp (sam kiedyś latałem wielokrotnie z puchą i z dziką satysfakcją wspominam tamte czasy, gdy zanosiłem swoją dzienną zbiórkę do sztabu i na własne oczy mogłem zobaczyć, ile udało mi się zebrać), a także przekazuję 1 % swojego podatku na wybraną organizację.


Ale jeśli odmówię komuś na ulicy wsparcia, to często jeszcze usłyszę pod swoim adresem wulgaryzmy i darcie mordy na pół dzielnicy nawet wtedy, gdy ja już jestem hen daleko od wzburzonego „potrzebującego”. Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym mógł przekonać się do tego, by pochylić się osobiście nad pojedynczym człowiekiem i wrzucić złotówkę. Na chwilę obecną wrzucę złotówkę do puszki z serduszkiem – będę miał wtedy pewność, że złotówka ta będzie odpowiednio wykorzystana. 

czwartek, 14 listopada 2013

Jest już zimno, nie zapomnij o czapce

Rozmawiałem z Panią Mamą ostatnio przez telefon. Konkretnie, to dziś w nocy w granicach trzeciej. Ona w pracy na nocnym dyżurze, ja też w pracy, więc idealna pora na rozmowę, kiedy to większość Polski smacznie sobie śpi.
Takie tam, pitu-pitu o wszystkim. O moich studiach, o tym jak mi się pracuje, co u mojej Lubej i tak dalej. Koniec rozmowy mnie rozczulił, bo na do widzenia usłyszałem, że zimno już jest i żebym o czapce nie zapominał. I w tym momencie przestałem być poważnym Piotrem, do którego to w sklepach zwracają się per „Pan” i ma dowód w portfelu, a w mieszkaniu dyplom licencjata.

Stałem się małym, 5-letnim Piotrusiem w okularach i z aparatem na zębach. Piotrusiem zapatrzonym w Panią Mamę, spędzającym czas w jej otoczeniu. I zacząłem przypominać sobie te wszystkie momenty, kiedy to ostatnio się spotykamy i w których to Ona pokazuje, że ja nadal jestem jej małym, ukochanym synkiem i tak już pozostanie na zawsze.
Przypominam sobie chwile, w których poprawia mi szalik i kołnierz kurtki zanim gdzieś wyjdziemy w mroźny, jesienny/zimowy dzień. Widzę Ją przed oczami, jak mówi mi, bym kapcie założył, albo chociaż skarpetki, bo się przeziębię. Robi mi herbatę, gdy o to nie proszę, a na talerz obiadowy nałoży zawsze więcej jedzenia niż chcę, zbywając szybko temat „zjesz, zjesz, duży chłopiec jesteś”.

Z uśmiechem stają mi przed oczami klatki z życia, w których to wprawia mnie w zakłopotanie i wywołuje rumieniec na twarzy, gdy gdzieś wyjdziemy, np. na zakupy i obcym ludziom zacznie opowiadać, jak to mi się przytyło, albo inne cuda z mojego osobistego życia. Wtedy tylko, z wzrokiem wbitym w ziemię i z nogą kręcącą piruety po posadzce potrafię tylko wydukać „Mamo, no weź…”.

Mówi mi, żebym dzielnie się uczył, żebym nie zawalał chodzenia na wykłady (przepraszam, Pani Mamo, że częściej zawalam), bo edukacja to mój klucz do przyszłości i dzięki niej na pewno sobie poradzę w życiu. Przeżywa ze mną każde sukcesy i porażki. Cieszy się, niczym dziecko w wigilijny wieczór, gdy mam zaszczyt oznajmić Jej, że ma syna z niepełnym, wyższym wykształceniem.


Czasem sobie myślę, że gdyby była taka możliwość, to ja z chęcią poświęciłbym kawałek czasu na to, by znów stać się tym 5-letnim Piotrusiem i stanąć przed Nią taki mały, umorusany po zabawie na podwórku, rzucić Jej się na szyję i powiedzieć o tym, jak bardzo Ją kocham. I już nie mogę się doczekać, gdy następnym razem, jak wrócę do domu rodzinnego, stanę przed Nią – wyższym  już od Niej i z zarostem na twarzy. I powiem Jej o tej miłości, która jest najczystszym i najszczerszym uczuciem, jakie kiedykolwiek mi się przytrafiło. I będę miał czapkę na głowie, bo już jest zimno. 

wtorek, 12 listopada 2013

wariackie ptaki

Mam pokój, a w nim niewiele rzeczy. Jakaś szafa, półka, regał, stolik, lampka i brzydki dywanik, który zamieniłbym na ten z wyrysowanymi ulicami i budynkami, jak to dzieci mają. Może wtedy kupiłbym sobie resoraki i zaczął się nimi bawić na tym dywaniku, przez co mniej czasu spędzałbym przy laptopie.

Mam też na ścianie obraz/grafikę/JakieśWisząceCudo. Na cudzie ptaszki. Pięć. Jeden ma najgorzej, bo cztery pozostałe stoją jeden na drugim i tworzą taką pięcioptasią wieżę. A pierwszy w powietrzu zawieszony i chyba tak spadają w przepaść. No bo skrzydła nie są rozwinięte, a wiadomo, że miejsce ptaków, które nie latają, znajduje się na ziemi.

Ptaszki dość śmieszne, bo mają takie rozbiegane, lekko wariackie spojrzenia. Na tej zasadzie, że wzbudzają sympatię, coś na zasadzie: „oh, jesteście takie fajne, krejzolskie, ale dziecka do opieki bym wam nie powierzył”. I mimo sprawionej przykrości związanej z brakiem zaufania, to one z pewnością by się nie pogniewały i powiedziały, że okej, że spoko, rozumieją, a poza tym, to, kolego, widziałeś ty kiedyś, by ktoś dawał ptaszkom dziecko do opieki? No nie, nie widziałem, co nie znaczy, że gdy czasy nas takie zastaną, w których ta czynność nie będzie niczym dziwnym, to ja i tak tym ptakom dziecka do opieki bym nie dał.

Siedzę przy laptopie i czasem zezuję na ścianę po lewej, gdzie te ptaszki wiszą (spadają?) i w 90 procentach przypadków jeśli nie zewnętrznie, to co najmniej w środku się uśmiechnę, gdyż wspomniana wcześniej głupkowatość oczu wywołuje taką, a nie inną reakcję. Czasem myślę sobie, że te stworki latające powinny być w każdym mieszkaniu i pomieszczeniu biurowym, to może u ludzi zmniejszyłby się poziom hormonu stresu i byłoby tak jakoś weselej.


Ptaszki są wyrozumiałe, potrafią wybaczyć, ale też i zmotywować do dalszego działania, do efektywnej pracy. Są najlepszymi, niemymi motywatorami – wystarczy, że spojrzą na człowieka i wszystko jasne. I niekiedy się tylko boję, że one jednak spadają i któregoś dnia wrócę do mieszkania, a na ścianie zastanę pustą ramkę już bez tych ptaszków. Wtedy ten pokój nie będzie już tak fajny, jak dotychczas. Świat również nie.







poniedziałek, 11 listopada 2013

Warsaw Shore niepodległościową wstęgą przepasane

Duma me serce wypełnia od wczoraj. Konkretnie od późnego wieczoru, który zaczął się produkcją MTV „Warsaw Shore”, a skończywszy na teraz, gdy kątem oka śledzę programy informacyjne i obrazki z wygasającego już marszu niepodległości.

Duma i radość wielka z bycia Polakiem, gdyż oto te dwa wiekopomne dni są zwiastunem nowoczesności, otwarcia na innych i szerokich horyzontów polskiego społeczeństwa. Odrzuciliśmy w sposób kategoryczny kołtuństwo, zaściankowość i ciemnotę, z których śmiał się cały świat. Pokazaliśmy, że potrafimy, że to, co nasze, to wyjątkowe, najlepsze i unikalne w swym smaku.

Wczoraj i dziś naszymi sercami zawładnęła młodzież. Sól tej ziemi i przyszłość narodu. Młodzież, z której możemy być dumni i której zachowania możemy pochwalać, a także dawać im błogosławieństwo. Pokazano nam, że czas raz na zawsze skończyć z jakimikolwiek wartościami, według których wychowywaliśmy się i prowadziliśmy swoje dotychczasowe życia.

„Musimy zrobić, kurwa, taki czad, żeby im pokazać, że, kurwa, Polska ma pierdolnięcie i że, kurwa, inne ekipy się do nas nie umywają!”

Zakrzyknął jeden z mieszkańców, a następnie swoje słowa postanowił wcielić w czyn poprzez opróżnianie flaszki z wódką, a następnie wyrywanie „gąsek”. A gąski wyrwać się nie chciały przez co jegomość był zdziwiony. I ja też się dziwię, ale zaraz się uspokajam, że to dopiero początki, że nie tak łatwo jest wyrwać się z marazmu umysłowego i jeszcze przyjdzie czas na radosne i błogie oddanie się nagiej w pokoju zwanym ‘bzykalnią’.

Koniec z wątpliwościami czy całować się na pierwszej randce, czy też nie. Koniec z myśleniem bogobojnym na temat przelotnych związków, zachowaniu minimum kultury osobistej. Koniec z tym wszystkim, co było kajdanami umysłowymi dla naszego społeczeństwa. Od dziś możemy bez problemu na prawo i lewo kurwić (się też), wyrywać gąski i męskie ciasteczka, a także zwracać uwagę na to, na co zwracaliśmy wcześniej, ale baliśmy się o tym mówić – na wygląd zewnętrzny, sukcesywnie pierdoląc charakter. Nie oszukujmy się – czy mężczyzna z kobietą dobrze wygrzmocą się dzięki swoim ciałom, czy dzięki charakterom?

To samo z dniem dzisiejszym. Każdy, kto bał się kiedykolwiek wyrwać z chodnika kostkę brukową i cisnąć ją przed siebie – w jakiś budynek, albo w policjanta najlepiej- już teraz może zrobić to bez problemu i z satysfakcją w oczach. Możemy chodzić po ulicach naszych miast, krzyczeć, palić wszystko wokół i walczyć werbalnie i czynami o niepodległość naszej ojczyzny.

Nic lepiej nie smakuje jak krew przelana za ojczyznę. A rodzima ziemia może jeszcze wchłonąć jej wiele. Walczyliśmy w powstaniach, wojnach światowych, obaliliśmy komunę, pora więc na kolejny mit narodowy. Pora na żołnierzy wyklętych XXI wieku. Na tych dzielnych, młodych chłopców, którzy w kominiarkach (wiadomo, listopad, to i zimno) nie boją się krzyknąć , że Rusek i Niemiec będą zawsze kurwami i nic, tylko wycwelić ich w odbyty narodowym prąciem, bo tylko to im się od życia należy.


Powinniśmy dziękować uczestnikom programu MTV i tym, którzy walczyli dziś o wolność na ulicach Warszawy. Ci młodzi ludzie przetarli nam szlak. Wydeptali pierwszą ścieżkę, po której za nimi możemy dumnie kroczyć – ku świetlanej przyszłości ojczyzny. Z „kurwą” na ustach i wódką w ręku – ewentualnie z kostką brukową. 

wtorek, 29 października 2013

Słów kilka o Łodzi

Tekst ten kończy kilkudniową sraczkę monotematyczną, która to skupiona była wokół Łodzi. Wracamy po nim do innych światów, które są rozlokowane po Poznaniu i Koszalinie.


Łódź, jak się okazuje, da się polubić. Pierwszy kwadrans potrafi zdołować, bo wjeżdża się do części miasta, która idealnie nadaje się do scenografii w nowszych pozycjach Call of Duty, albo w filmach o klimacie postapokaliptycznym. Do tego dodać trzeba szpecące grafy, które są autorstwa kibiców albo Widzewa, albo ŁKS-u. Nasrane wszędzie – gdzie się da i gdzie, zdawałoby się, nie da. Nawet na drzewach jak nie raz, nie dwa widziałem.

Pierwszą moją refleksją była myśl, że żeby mieszkać w Łodzi, trzeba nieustannie pić. Cały czas. Wnioskuję po tym, że na monopolowe można natknąć się na każdym kroku i nie trzeba iść dłużej niż trzy minuty piechotą, by móc zaopatrzyć się w taki trunek, jaki się tylko zapragnie.

Jeżeli przyjeżdżasz z Poznania, gdzie przy pół miliona zameldowanych mieszkańców, jest ponad sto tysięcy studentów, to da się łatwo zauważyć, że to głównie miasto starych ludzi. Młodych w większych skupiskach można spotkać na Piotrkowskiej, w pubach, klubach (wiadomo), czy w okolicy Manufaktury.

Łódź jest destruktywna w ogóle, bo jeśli nie niszczy się wątroby, to wali rakiem po płucach – masakrycznie duży odsetek ludzi jara fajki. Nie pamiętam, żebym widział tak wiele osób na chodniku z papierosem w ręku. No chyba, że 10 lat temu, kiedy to jeszcze nie było mody na rzucanie palenia i zdrowy tryb życia. Anyway – miasto nałogami stoi!

Ale, ale, ale… Łódź to także duże miasto (rozjebane totalnie [w sensie przestrzennym] i rozciapane w swym rozciągnięciu), które da się polubić. Które potrafi zauroczyć. Potrafi to zrobić swoimi muralami, potrafi oczarować kamienicami, kamieniczkami, które są piękne nawet wtedy, gdy nie są odrestaurowane. A gdy już są – klękajcie narody, wygląda to wspaniale. Odrestaurowane fabryki, stare obiekty przemysłowe – mega. Zajebista jest elektrociepłownia PGE na Widzewie przy muzeum Se-Ma-Foru.

Bardzo już lubię to miasto za to, że ma pub, w którym jest masa starych książek, a na ścianach, w antyramach, powieszone są okładki z przedwojennego Ilustrowanego Kuriera Codziennego. Dla mnie magia. Mógłbym tam przesiadywać codziennie. No i oczywiście, nie mogło zabraknąć miejsca dla Manufaktury, czyli dla perełki jeśli chodzi o centra handlowe spełniające także jakąś tam rolę kulturalną. W części restauracyjnej są cytaty o jedzeniu – nie ma nic lepszego niż słowa wielbiące dobrą strawę.

Podsumowując – Łódź nie utrzymało się na podium znienawidzonych przeze mnie jednostek miejskich. Spadło zdecydowanie w dół tej niechlubnej listy. Udowodniło, że można w nim mieszkać, można spędzać w nim aktywnie i kreatywnie czas. Że można, na swój sposób, często pokręcony, je nawet polubić. *

* czego nie można powiedzieć o Katowicach i całej Aglomeracji Śląskiej, która dołuje mnie za każdym razem, gdy tam jestem (hejter).

sobota, 19 października 2013

Dlaczego powinniście olać maturę, ale nie możecie

Część z was już za pięć miesięcy przystąpi do egzaminu dojrzałości, reszta musi poczekać na tę przyjemność niewiele ponad rok lub dwa. Zaadresuję więc ten tekst szczególnie do trzecich roczników, co nie znaczy, iż młodsi nie znajdą tu również czegoś dla siebie.

Matura jest określana mianem egzaminu dojrzałości, swoistą granicą, przekroczenie której sprawia, iż zdający wchodzi w nowy etap życia, ten bardziej dorosły. Kiedyś te stwierdzenia były prawdziwe, wartościowe. Dziś przystępujecie do "wyrobu maturowego"- mającego z pierwotną maturą tyle wspólnego, co jej nazwa. Trzy lata w gimnazjum, drugie tyle w liceum. Łącznie sześć lat, w ciągu których u większości kreatywność jest zabijana, a w najlepszym przypadku uśpiona. Uczycie się tego, jak szufladkować wiedzę, jak poruszać się w myśl utartych schematów. Analizujecie i pracujecie nad tym, by zyskać umiejętność sławnego już "wstrzelenia się w klucz". Wmówiono wam, że papierek sygnowany przez Centralną Komisję Egzaminacyjną coś znaczy. On tylko umożliwia wam ubieganie się o przyjęcie na studia wyższe- taka tylko jego zaleta.

Dla tych, którzy myślą, że po liceum życie staje przed nimi otworem, że obowiązkowy etap edukacji przygotował ich do umiejętnego radzenia sobie z problemami i gładki start na kierunku, jaki sobie wymarzyli, jedna przestroga- tak nie jest. Przychodzicie na uniwersytety, politechniki, akademie medyczne, plastyczne itp. z dużymi tyłami. Jesteście nieprzygotowani do tego, aby poprawnie i normalnie funkcjonować w świecie egzaminów, kolokwiów, wykładów, ćwiczeń. Obecny, świeżo upieczony student na starcie już jest daleko w tyle, choć biegu nawet nie rozpoczął. Tu już nie ma miejsca na chłodną kalkulację tego, co opłaca się uwzględnić, a czego nie- tak, aby idealnie wpasować się w schemat. Mówię to z własnego doświadczenia, jak i z przeżyć innych studentów.

Większość gromów ciskanych jest w nauczycieli, których to obwinia się za zabijanie samodzielnego myślenia. Nauczyciele nie mają z tym nic wspólnego, bo ich obowiązuje podstawa programowa, którą muszą wykonać i z której muszą się rozliczyć. Chcecie winić kogoś- nie wincie tych, którzy stoją na pierwszej linii frontu, a system. O tym, jak on funkcjonuje, to materiał sam w sobie na o wiele dłuższą dyskusję. Doceńcie pracę nauczycieli i skorzystajcie z możliwości, które wam dają w postaci kół naukowych, pomocy w przygotowaniach do olimpiad i różnego rodzaju konkursów przedmiotowych, czy też innych inicjatyw, których akurat w Dubois jest bez liku- a przynajmniej z tego, co ja pamiętam.


Nie dajcie nałożyć sobie klapek na oczy, myślcie kreatywnie. Nie pozwólcie, by kosztem przygotowania do majowych egzaminów, stracić umiejętność szerszego spojrzenia na świat, na każdy problem i zjawisko, z jakimi przyjdzie wam się zmierzyć. Świadectwo dojrzałości najlepiej moglibyście oddać na makulaturę, albo użyć w alarmowych sytuacjach, jako podpałki, gdy nic przydatnego nie będzie pod ręką. Zachowajcie je lepiej do tego, abyście mogli ten papierek złożyć przy przyjęciu na studia. Z politowaniem traktujcie wypowiedzi 'tych z góry' o tym, jak to dzisiejszy system edukacji wypuszcza ucznia dobrzej wykształconego i przygotowanego do dalszego kształcenia się, do osiągania sukcesów, do życia. Chcecie mieć lepszy start w październiku? Zapracujcie na niego sami i nie zdawajcie się tylko na to, co wyniesiecie z 45 minut lekcyjnych. 

poniedziałek, 14 października 2013

umiłowanie mądrości




Science, bitch! Czyli coś, co przywraca mi wiarę w ludzkość, gdy ta kompletnie kurwi się w swej głupocie, którą można spotkać na co dzień – na ulicy, w telewizji, w mieszkaniu studenckim czy też na uczelni.

Nauka to potężne dzieło, wręcz działo – dzięki niej wiem, że ludzkość, koniec końców, jest zajebista i potężna.
Uwielbiam czytać osiągnięcia aktualnych laureatów nagrody nobla, za co dostali tę prestiżową nagrodę. To są dla mnie kozacy, geniusze w swych dziedzinach, przed którymi mógłbym uklęknąć i ich nazwać bogami, a także do nich wznosić modlitwy i błagania wszelkie.

Więc powiem wam, moi drodzy, co mnie najbardziej kręci w nauce i co sprawia, że gdybym był totalnym geeko-nerdem, miałbym mokro w gaciach: wielki zderzacz hadronów.
Jest to najświetniejsze dokonanie ludzkości. Kij z internetami, postawieniem człowieka na księżycu i innymi bajerami – WZH jest dla mnie kwintesencją dokonań człowieka. To jest coś, co za każdym razem rozpierdala mój umysł na miliardy kawałków, bo nie jestem w stanie ogarnąć tego, co dzieje się jakieś dwa tysiące km ode mnie.

Po pierwsze – rozmach, który nadali temu przedsięwzięciu. Zbudowali tunel o długości 27 km pod ziemią, który to przechodzi przez dwa państwa – Szwajcarię oraz Francję. Wpakowali do niego kosmiczną elektronikę i sprzęty, przy których wasze najnowsze smartfony z biura orange czy t-mobile to jest żart. No i dodajmy do tego ten cały akcelerator cząstek – ów zderzacz, dzięki któremu świat ma możliwość odkrycia, jak to było naprawdę te kilka mld lat temu, gdy ziemia się dopiero formowała.

Dzięki niemu mamy odkrycie tzw. Boskiej cząstki (bozon Higgsa). W tej chwili powinienem się pokajać, bo pan Higgs – laureat tegorocznej Nagrody Nobla z fizyki – nie lubi określenia ‘boska’, gdyż to wypacza siłę nauki. Ale mniejsza o to – cząsteczka, o której dotąd tylko się mówiło, a każde poszukiwania były skazane na niepowodzenie, teraz, dzięki zderzaczowi, udało ją się uchwycić i dowieść jej istnienia.

Ponadto, było już wiele plotek na temat tego, że w WZH udało się przełamać mityczną barierę prędkości światła, która dla prostego człowieka już sama w sobie jest rzeczą abstrakcyjną, a według nauki – niemożliwą do przeskoczenia, skończoną wręcz. Jako, że każda ploteczka ma w sobie ziarnko prawdy, idę o zakład, że tę mityczną barierę da się przeskoczyć i może za rok, może za 10 lat, a może za pół wieku (gdy np. powstanie jeszcze większy akcelerator cząstek), dowiemy się, że bariera prędkości światła została przekroczona.

Może to jest głupie, co piszę teraz, ale, naprawdę, odczuwam niewyobrażalny podziw i respekt przed nauką, przed tymi wszystkimi ludźmi, którzy stoją za tym, że możemy słyszeć o przełomowych odkryciach i osiągnięciach.

Jak już wcześniej pisałem, oni są dla mnie wartością, którą należy czcić. Nauka jako ołtarz, jajogłowi (bez ironii tutaj) jako kapłani. Dla mnie oni są moim kościołem. W nich pokładam swą wiarę.
I nie mogę się doczekać, gdy znów, wertując gazetę.pl albo inny portal, zobaczę artykuł, którego tytuł zawiera w sobie „wielki zderzacz hadronów”. Wiem, że wtedy serce zabije mi szybciej.

niedziela, 22 września 2013

Jesień bez ciebie


źródło: tumblr



Nie chcę tej jesieni przeżywać bez ciebie. Za dużo ich było, by teraz z kolejną zmagać się w pojedynkę. Wiesz, wiosnę i lato jeszcze mogłem znieść. Zimę również – ulepiłem bałwana przed klatką i za każdym razem jak wychodziłem z domu, to mogłem się do kogoś uśmiechnąć i powiedzieć ‘dzień dobry’.

Ale jesień jest zawsze najgorszym okresem i już tak dobrze sobie nie radzę jak w pozostałe pory roku. Bo żadna to frajda odklejać mokre liście od podeszwy buta w pojedynkę. Nie ma przyjemności w tym, by pierwszy raz w danym roku wybrać się samemu do apteki po Fervex. Zawsze lepiej, gdy można zagotować wodę do dwóch kubków z proszkiem niż do jednego.
Poza tym, znudziło już mi się chwytanie wiatru za rękę. Ani to przyjemne, ani na dłuższą metę normalne. Tylko dłonie marzną, a skóra potem robi się taka sucha jak papier. A ja zawsze miałem ładną skórę, dłonie przyjemne w dotyku i chciałbym, żeby tak to zostało. Dlatego potrzebuję ciebie i twojej dłoni, by móc ją złapać. Myślę, że wiatr się mocno nie pogniewa na mnie, a i ja będę szczęśliwszy.


Jesienią zawsze czuję się bardziej samotny i nie sądzę, żeby teraz to się zmieniło na lepsze. A przy tobie tak się nie czuję. Przy tobie jestem kompletny, nie ma we mnie braków, które na co dzień doskwierają – zwłaszcza pod wieczór. Dla ciebie jestem w stanie podzielić się kocem. To nic, że z frędzli nitki się już prują. Jest on naprawdę wygodny i daje ciepło. Pozwolę dotykać ci moich książek, nawet zabierać je do twojego domu. Bo nawet jak pomyślę, że ty możesz przesuwać swoimi opuszkami po ich okładkach, kartkować powoli każdy egzemplarz z kolei, to na sercu robi mi się cieplej.

Nie zapominaj, że jesień do początek sezonów wielu seriali. A przecież zawsze lepiej oglądać we dwójkę. Przyznasz, że lepiej przytulić się do kogoś obok, gdy ogląda się zombie w Walking dead. A za dwa miesiące będziemy mogli się przekomarzać odnośnie tego, że nie kupimy sobie małych prezentów na Mikołajki, a potem i tak każdy z nas znajdzie jakiś upominek, by sprawdzić niespodziankę szóstego grudnia.
Jesienie są chujowe, a ja nie radzę sobie z chujowymi sytuacjami i okresami. Można powiedzieć, że sam jestem chujowy wtedy, dlatego potrzebuję twojej pomocy, twojego wsparcia. Będę robił ci herbatę gorącą co wieczór. Będę uparcie przypominał tobie, byś zakładała czapkę i szalik, bo na zewnątrz coraz zimniej się robi.

Podobno to mit, że jesienią popełniana jest największa liczba samobójstw, ale ja wolę nie ryzykować. Ja jestem pragmatyczny, więc w tym wypadku dmucham na zimne. Chciałbym, żebyś ty ze mną dmuchała, to będzie nam łatwiej i tak jakoś… raźniej. Nie chcę ciebie raz na jakiś czas. Jesień nie przychodzi na kilka dni, a potem znika na tydzień. Dlatego ty też nie możesz znikać. Musisz tu być ciągle. Bo jeśli zacznę się rozlatywać, to trzeba będzie mocno mnie objąć, bym do reszty się już nie posypał.

Zimą ulepiłem bałwana. Jesienią mogę co najwyżej zrobić ludzika z kasztanów. Ale to nie to samo, co bałwan, dlatego, raz jeszcze ci powiem – nie chcę tej jesieni przeżywać bez ciebie.

środa, 18 września 2013

pieprzę cię miasto

Nie lubię powrotów do domu rodzinnego. Czasem patrzę z zainteresowaniem jak niektórzy piszą, iż jak to dobrze być w domu, jak miło wrócić ze studiów do siebie – chociażby na chwilę.
Mówiąc dom rodzinny, mam na myśli – miasto rodzinne. Nie lubię swojego miasta. Przestałem je lubić po pierwszym roku studiowania, gdy praktycznie wszystko, co definiowało mnie jako osobę, warunkowało moje życie na większości płaszczyzn, przeniosłem ze sobą do Poznania.

Z miastem rodzinnym łączą mnie teraz Matka, Dziadek i pierwszy oddział Urzędu Skarbowego. Niby ma to powyżej stu tysięcy mieszkańców, niby jest gdzie wyjść i coś zrobić, ale to nie to samo, co w Poznaniu. Nie mam już tutaj przyjaciół, z którymi w każdej chwili mógłbym wyskoczyć na piwo, na papierosa, pogadać przy herbacie czy przejść się na spacer. Przyjaźnie przeniosły się do Poznania, a nawet i do innych miast.

W Koszalinie zostały tylko liście i mokry chodnik od deszczu, który gdy latem wygląda jeszcze jako tako, to teraz lepiej spuścić zasłonę milczenia. Gdybym mógł, to uciekłbym już następnego dnia. Niestety, przymusowa wizyta w mieście, gdyż w Poznaniu do końca września byłbym bezdomny.

Depresja, szarość, smutek, skurwienie i ogólny marazm pomieszany z kiłą i niedożywieniem. Czuję się jakbym wkraczał do miasta, w którym panuje wojna. Taka mentalna. Gdzie poza ubóstwem na nic dobrego nie mogę liczyć. Zakopuję się w kołdrze, w łóżku u siebie, barykaduję drzwi i taka to moja interakcja z tą moją małą ojczyzną. Nie lubię, moja mała ojczyzno, twoich ulic i mieszkańców. A co za tym idzie – siebie nie lubię, bo mieszkańcem twoim nadal jestem. Nie lubię siebie, gdy jestem u ciebie. Gdzie indziej jeszcze jako tako mogę siebie tolerować, tutaj sprawa ma się już gorzej.

Brakuje mi, że masz braki w ulicznym uzębieniu. Że zabrano tobie tramwaje ponad 70 lat temu. I nie szkodzi, że jeszcze 5 lat temu mi to nie przeszkadzało. Teraz mi to przeszkadza. Poznałem lepsze ojczyzny od ciebie i już nie wydajesz mi się tak atrakcyjna, jak kiedyś. Byłaś jak ta kochanka, z którą idealnie spędzało się upojne noce, a za dnia byłaś wspaniałą opiekunką, gdy potrafiłaś ukoić mnie po tychże nocach.

Dzisiaj jesteś panią z licznikiem posuniętym o lat kilka. Pończocha ci się podarła, szminka rozmazała, a tusz do rzęs zmieszał ci się z łzami i nie wyglądasz już tak ładnie. Nawet w tej sukience, w którą to już ledwo co się mieścisz.

Nie lubię ciebie na dłużą metę, tolerować mogę cię przez trzy dni góra. Potem chcę spać na osobnych łóżkach, a przy śniadaniu chcę co najwyżej buziaka w policzek, a nie namiętnego pocałunku.

Nie lubię cię, uosobienie zastoju, ucieczki młodych ludzi, atmosfery kurortowej i domu spokojnej starości. Nie wiem czy chcę wrócić do ciebie kiedykolwiek na dłużej. Na pewno nie teraz, gdy mentalność mam żywiołową, pełną energii – bo wiesz, nawet bez skrępowania mogę tobie powiedzieć, że oglądam się za Poznaniem, Krakowem czy też Wrocławiem, gdy paradują koło mnie w kusych sukienkach bądź spódniczkach. One mnie podniecają, nie ty. I chyba już tak beznamiętny przy tobie jestem, że mogę ci to prosto w twarz powiedzieć, albo prosto w bruk.

Ale wiedz, że gdy jestem w ramionach tych innych, co to nawet i mają prawo do bycia miastem wojewódzkim – nie tak jak ty – to ja zawsze sprawdzam, co u ciebie. Na odległość, ale zawsze. Interesuje mnie to, czy podpalili tobie jakiś śmietnik. Czytam o ulicach, które u ciebie remontują, byś odnalazła swój dawny blask, swoją świetność. Wkurwiasz mnie na ogół i czasem chciałbym dać ci w pysk bez pardonu, nie przepraszając potem, to jednak jest to wszystko tak, jak śpiewała Peszek kiedyś:


Pieprzę cię miasto, jesteś jak stare ciasto. 
Miasto, pasożycie, pieprzę cię nad życie. 
Ale też nie widzę innego miast ciebie, 
więc pieprzę cię miasto czule 
bo jesteś moim miastem 
Któremu znów wrzasnę: 

piątek, 19 lipca 2013

15 - letnia Marta na sexfotce

„chcesz siusiaka w cipce??” 

 Widzę ją oczami wyobraźni w momencie, gdy czyta tę wiadomość. Widzę, jak jej źrenice powoli się rozszerzają. Słyszę, jak głośno przełyka ślinę. Rumienią jej się policzki, bo jeszcze nikt nigdy nie poruszył w jej obecności tego tematu w tak bezpośredni sposób. Słyszała oczywiście już o tym, pierwsze wiadomości i informacje zaczęły do niej docierać. Zauważyła również jak jej ciało się zmienia. Ale to wszystko nadal było szczelnie zasłonięte kotarą nastoletniego śmiechu, który maskował zawstydzenie całym tym tematem, o którym czasem zdarzało jej się rozmawiać ze swoimi koleżankami. 

 „Lubisz może jak facet masuje, całuje i liże Twoje stopy??” 

 Jest zaskoczona tymi wiadomościami, które pojawiają się w jej skrzynce z szybkością błyskawicy. Przecież wyraźnie pisała, że chce znaleźć nowe koleżanki, z którymi mogłaby nawiązać znajomość i porozmawiać. Nie pisała nic o seksie. Zresztą, ona jest młoda i wspomniała o tym. A piszą ludzie starsi od niej o wiele lat.


 Pisali do niej, ale nie wiedzieli, że tak naprawdę pisali do mnie. Przez niewiele ponad godzinę prowadziłem podwójne życie na jednym z portali erotycznych. Usłyszałem o nim kilka miesięcy temu, gdy czytałem pewien artykuł na temat seksu w polskim internecie. Ostatnio zacząłem się zastanawiać, ile młodych, nieświadomych osób (w większości dziewczynek) trafia na takie strony i jaki jest odzew użytkowników, którzy taką nową osobę zobaczą. 

 Strona jest o seksie. Dla ludzi poszukujących seksualnych partnerów, ale i nie tylko. Jest dla pełnoletnich osób, młodsi teoretycznie nie mają prawa wstępu na nią. No właśnie, teoretycznie. A skoro ten aspekt rzadko kiedy jest w zgodzie z praktyką, postanowiłem sprawdzić, jak to wszystko wygląda. 

 Na niewiele ponad godzinę stałem się Martą. 15-latką, która znalazła tę stronę przez przypadek i postanowiła założyć na niej konto. Wstawiła misia w profilowym zdjęciu, bo uważa, że są słodkie, a także miała nadzieję, że zwróci on uwagę innych młodych dziewczyn, które będzie może miała okazję poznać. W polu „o mnie” wyraźnie zaznaczyła : „Jestem fajną nastolatką która lubi rozmawiać z psiapsiółkami na różne śmieszne tematy. Mam 15 lat i szukam koleżanek do fajnych rozmów i plotkowania” 

 Myślałem, że miś w profilowym i infantylny opis skutecznie odstraszą tych, którzy szukają czegoś innego. Ale że jestem roztrzepaną nastolatką, która, umówmy się, nie ma jeszcze rozwiniętej świadomości odnośnie tego, jakie konsekwencje mogą mieć jej czyny, wstawiłem jako drugie zdjęcie wizerunek Marty (randomowa fotka z google images).


 Zdjęcie nie pozostawia wątpliwości, że właścicielka konta nie jest pełnoletnia ( o czym zresztą poinformowała), a wszelkie zakusy na obcowanie z nią mają jeszcze posmak obserwacji prokuratora, gdyż jeszcze kilka miesięcy wcześniej byłoby to karane według polskiego prawa.

 Eksperyment trwał od 17:35 do 18. W ciągu tych 25 minut otrzymałem 31 wiadomości i 25 zaproszeń do znajomych. 20 osób oceniło moje konto – średnia ocen wynosiła 10,15, czyli dość dobrze jak na ten portal.


 Kilka kont bez zdjęć, cztery penisy w awatarze w stanie wzwodu, 5 nagich, męskich torsów. Przedział wiekowy osób, które pisały do mnie prezentował się następująco: 

 18 – 24 lat – 15 wiadomości 
25 – 30 lat – 7 wiadomości 
31- 35 lat – 6 wiadomości 
36 – 40 lat – 2 wiadomości 
40+ - 1 wiadomość (człowiek miał 50 lat). 

 Odpisałem na 5 wiadomości tekstem, że szukam koleżanek do ploteczek, mając nadzieję, że po prostu ludzie nie doczytali tego, co było napisane w rubryce ‘o mnie’. Jedna osoba nie odpowiedziała na tę wiadomość, druga stwierdziła, że ok, przeprasza za zajęcie czasu. Pozostałe 3 osoby: 

 „oj tam ale facet tez może być fajny :) „ 
„wiem czytałem, myslalem ze może bys chciała popisac poznac się tak ooo poprostu”
 „popisac przeciez możemy, powiedz mi czy już się bzykalas?”

 Ta ostatnia wiadomość była od tego 50 – letniego mężczyzny. Wysłał do mnie 6 wiadomości, z czego 5 dotyczyło tego czy Marta jest dziewicą, czy już nie. Na moją sugestię, że nie chcę z nim rozmawiać, odpowiedział, że mam mu odpowiedzieć inaczej zgłosi moje konto do administracji. Wszedłem na jego profil – w rubryce ‘o mnie’ miał napisane m.in. : nie lubię nachalnych osób. Śmiech przez łzy. 

 Tylko dwie osoby w komentarzach na profilu stwierdziły, że to nie jest miejsce dla mnie. Kilka innych osób zgłosiło profil do administracji. O 17:35 konto było założone. Zostało ono usunięte przez portal o 18:38.

 Godzina i trzy minuty. Wystarczająco czasu, by Marta podała link do swojego facebooka. By podzieliła się numerem telefonu. By mogła odsłonić się na tyle przed nieznajomą osobą, że mogłyby zrodzić się z tego duże problemy. Godzina i trzy minuty – gdyby była na tyle naiwna i mieszkała w tym samym mieście, co jakaś osoba, z którą by rozmawiała, mogłaby zdążyć się z nią spotkać. 

 Prócz 31 wiadomości, otrzymałem również dwie od przedstawicielek płci żeńskiej. Nie od dziewczynek, ale od kobiet. Obydwie miały zdjęcia swoich wagin w profilowym.








sobota, 13 lipca 2013

Zapiski pociągowe



Chaotyczne zapiski pociągowe na trasie Koszalin - Poznań
gdzieś między Piłą, a Chodzieżą - godziny wieczorne, 12.07.2013

Zastanawiam się, ile do tej pory powstało artykułów, felietonów, różnych tekstów, które były pisane w pociągu, tak samo jak i ten jest pisany. Domyślam się, że całkiem sporo – sam w nieodległej przeszłości czytałem tekst Maćka Stuhra, którego podziwiam za lekkie pióro.
Zapada powoli zmrok. Słońce zachodzi za horyzont, powodując, że krajobraz jest przecięty na pół – na tę część jaśniejszą, jak i ciemniejszą, która już przygotowana jest na nadejście nocy. Co chwilę zatrzymujemy się na jakichś małych stacjach, które świeżą farbę i zaprawę budowlaną pamiętały w momencie swojego powstawania kilkadziesiąt lat temu. Rówieśnikiem, albo niewiele starszym bratem dworców i przystanków musi być również ten wagon, w którym się znajduję. Niczym starszy człowiek, który z godnością stara się iść przed siebie, ale w momencie, gdy nabiera prędkości i zaczyna truchtać, zaczyna również niepewnie chybotać się na boki ze strachem w oczach, by nie upaść.
Ciekawe, czy gdyby spojrzeć na pociąg jadący, strach udałoby się odnaleźć w reflektorach na początku składu?

Czas umilam sobie oglądaniem seriali i czytaniem Newsweeka. Poczytałbym i książkę, ale tę pacnąłem do walizki, której nie chce mi się ściągać z półki i buszować w niej (małe wtrącenie – jest tęcza. Akurat idealnie widoczna przez moje okno, piękny widok. Dawno nie widziałem tak intensywnej. )
Wracając do książki- książki nie mam, a jej brak rekompensuję sobie wychodzeniem do pociągowej toalety w wagonie. Za każdym razem, tuż przed wejściem, czytam napis ‘palenie zabronione’. Widzę te słowa przed swoimi oczami, gdy wyciągam z plecaka paczkę papierosów, a następnie gdy odpalam papierosa i zaciągam się pierwszy raz. Nikotyna mnie uspokaja, głaszcze prawie że na śmierć moje wyrzuty sumienia, a mnie samego przekonuje, że nic się nie stało, że wszyscy tak robią. Nie muszę się tym martwić.

Więc się nie martwię, tylko dopalam tego papierosa do końca, nieudolnie zabijam posmak tytoniu Kropą Beskidu (audycja zawiera lokowanie produktów), a następnie wracam na swoje miejsce. Biorę Newsweeka, zaczynam czytać. Zauważam artykuł, którego tytuł powoduje u mnie uśmiech:

„Poka cycki”

A dalej wstępniak: "Dlaczego mężczyźni gapią się na kobiece piersi i co z tego wynika dla społeczeństwa? Zapytałem o to seksuologa, zoologa, terapeutę, dyrektora, prawniczkę, instruktorkę fitness i feministkę”

Uśmiecham się, bo od razu przypominam sobie wcześniejszy swój tekst na temat tego, jak to my mężczyźni kochamy kobiece piersi, a co za tym idzie – lubujemy się w spojrzeniach na nie.
Zwracam uwagę na fragment tekstu:

"- Seksualność jest ogromną siłą – mówi psychoterapeuta Marek Jaros.
- Jak wykorzystać ją z pożytkiem dla społeczeństwa?
- Robimy to na co dzień dzięki mechanizmowi sublimacji. Tylko nie możemy być nadmiernie bodźcowani seksem. Najlepsze jest stałe napięcie, ale takie, żeby struna nie pękła.
- Po co nam to napięcie?
- Człowiek nie jest istotą monogamiczną, choć kultura nam to narzuca. Żyjemy w pewnym konflikcie psychologicznym. Swoją seksualność rozgrywamy na granicy flirtu – to dla nas nagradzające. Taka gra: patrz na mnie, ciesz się, ale nie przekraczaj granicy.
- Zaborczy mężczyźni zabraniają swoim partnerką chodzić w wyzywających ubraniach. Mają rację?
- Powinni zrozumieć tę grę. Wie pan, dlaczego kobiety malują powieki na ciemniejszy kolor? Bo kobieta, kiedy jest płodna, ma w naturalny sposób ciemniejsze powieki. Makijaż to sygnał: teraz jestem gotowa.
- Boję się, że zaraz dojdziemy do stwierdzenia, że dziewczyna w obcisłej bluzce prosi się o gwałt.
- Nie, granica jest jasna. Możesz popatrzeć, ale nie dotykaj. Chociaż są mężczyźni, którzy tych granic nie wyczuwają. I są kobiety, które uważają: skoro na mnie patrzysz, to mnie nadużywasz”

Przede mną siedzi młoda kobieta. Studenta, gdyż zauważyłem, że do sprawdzanego biletu dołącza w pakiecie swoją legitymację studencką. Gdy weszła do wagonu i usiadła naprzeciwko mnie, nie zwróciłem na nią uwagę. Dopiero później, gdy kilka razy nasze spojrzenia się skrzyżowały przypadkiem, zwróciłem uwagę większą na to, kto ze mną podróżuje. I im dłużej ona tu jedzie ze mną, tym większe mam przekonanie, że już ją kiedyś widziałem, że albo jeździłem już kiedyś z nią jakimś pociągiem, albo wpadłem na nią na ulicy, albo siedziała w tym samym tramwaju. Dziwne przekonanie, które zdarza mi się bardzo rzadko. Ale na tyle silne, że jestem w stanie dać sobie odrąbać rękę za to, co w tej chwili sądzę. Trochę boję się, że nie miałbym tej ręki później, ale kto nie ryzykuje, ten nie ma.

Siedzi i rozwiązuje krzyżówki. Ma głowę zwieszoną, oczy zasłonięte grzywką. Nie mogę więc zobaczyć, czy i ona ma ciemniejszy makijaż na powiekach. Nie mogę sprawdzić czy ona „jest gotowa”. A jeśli gotowa, to na co? Na uśmiech z mojej strony, na rozmowę, która zaczęłaby się od błahego ‘ah, ta podróż mogłaby się już skończyć, prawda?’, czy na uśmiech połączony z wymianom spojrzeń ukrytych – raz po raz na jakiś czas. Na nieśmiałe uśmiechy, którym towarzyszyłoby subtelne zagryzanie warg, lekkie zarumienienie policzków, na tę niewielką dawkę adrenaliny, która sprawiłaby, że krew płynęłaby ciut intensywniej, a podróż minęłaby znacznie szybciej i w lepszej atmosferze.

Dostrzegam jej oczy. Nie ma ciemnego makijażu. Ale czy mimo to, jest nadal gotowa? Uwielbiam analizować kobiece umysły i zastanawiać się. A w tej chwili ona nie wie nawet tego, że tak mocno i intensywnie analizuję to, co teraz może siedzieć w jej głowie. Dla niej jestem zwykłym chłopakiem, który rozsiadł się na siedzeniu w pociągu i klika coś tam na swojej klawiaturze laptopa. Ale nie wie, że piszę w tej chwili o niej, że staram się rozgryźć, co może siedzieć w jej głowie, na co może być gotowa.

Rzecz jasna, wygodniej byłoby spytać. Łatwiej zacząć rozmowę i na wszystkie pytania dostać odpowiedź, a może nawet i pokazać jej to, jak do tej pory była opisana w tym tekście. Ale to byłoby zbyt proste. Tzn, mogłoby być, gdyż zawsze istnieje szansa, że mój uśmiech, albo zagadanie zignoruje i zleje ciepłym moczem. Lepiej jest tworzyć różne scenariusze, które mogą być mniej lub bardziej rozwinięte w interakcji.

„Swoją seksualność rozgrywamy na granicy flirtu – to dla nas nagradzające”

Ludzie lubią flirtować, lubią siebie nagradzać w ten sposób. Jest to nagroda po ciężkim dniu w pracy, po nudnym czasie spędzonym na uczelniach, po niepowodzeniach, a także i po sukcesach. Flirt jest zarówno rekompensatą, jak i nagrodą – i niezależnie od sytuacji, zawsze znajdzie się powód, by albo siebie za coś nagrodzić, albo coś sobie zrekompensować.

Flirt w pociągu jest zjawiskiem interesującym, a także genialnym do obserwacji z punktu widzenia osoby trzeciej (miałem okazję obserwować kilka z nich). Pisanie w pociągu o pociągowych flirtach na swój sposób ma również coś kręcącego w sobie. To jest moja nagroda w tym momencie, tak ja się teraz nagradzam. A wy?

niedziela, 9 czerwca 2013

Uwielbiam kobiety z "Mad Mena"

środa, 29 maja 2013

Pani ankieterka

Dużą sympatią darzę panie, które przeprowadzają różnego rodzaju ankiety. Czy to osobiście, czy przez telefon z ramienia jakiegoś banku czy operatora komórkowego.

Siedzę w domu, skutecznie zabijam czas- oglądam bzdury na laptopie, szare komórki też cierpią, a więc morderstwo podwójne, co by nie powiedzieć nawet, że z premedytacją. Z letargu wybudzają mnie wibracje komórki. Albo matka, albo luba. Nikt inny do mnie nie dzwoni, więc zdziwienie miesza się z radością, gdy dostrzegam nieznajomy numer.

No to dzień dobry mówię na poczekaniu i czekam.
- Dzień dobry, czy ja do pana Piotra się dodzwoniłam?- wita mnie w słuchawce rozentuzjazmowany głos kobiecy.
Odpowiadam, że owszem, to ja i w czym mogę pomóc.
- Proszę pana, to ja. Ta pani, z którą robił pan ankietę w Koszalinie, gdy zapisywał się pan na siłownię. Pamięta pan?

Sprawa dość grząska, bo zapisu dokonywałem w zeszłe wakacje. Nie pamiętam czy obudziłem się dziś rano na prawym boku czy też na lewym. Albo w ogóle czy leżałem na plecach, czy na brzuchu, jak topielec. No ale dobra, mówię, że pamiętam, chociaż nic mi nie świta.

 - Świetnie, proszę pana- głos coraz bardziej rozentuzjazmowany. Oho, coś ode mnie chce, skubana. – Bo ja chciałabym zająć panu kilka minut na przeprowadzenie ankiety.

Lojalnie uprzedzam, że nie ma mnie w Koszalinie, tylko w Poznaniu, gdzie pozoruję dość skutecznie bycie studentem. Okazuje się, że nie szkodzi. Jak nie szkodzi, to nie szkodzi. Mam czas, serial poczeka.

- Proszę pana, ta ankieta to o ptasim mleczku jest. Od wedla. I jak będą do pana dzwonić potem, by sprawdzić czy robiłam tę ankietę, to proszę powiedzieć, że tak. Bo ona osobiście jest wykonywana, z prezentacją na laptopie.

No dobra, wyobraźnię jako taką mam i niech będzie, że imaginuję sobie naszą dwójkę na kanapie wpatrzoną w matowy ekran, na którym słodkości kuszą i mnie, i panią ankieterkę.

 - Czy często pan kupuje ptasie mleczko wedla?
- Nigdy, proszę pani- myślę sobie- to szybko załatwi sprawę.
- A innych producentów?
- Też nie. Jako że pozoruję znakomicie bycie studentem, to tak samo dobrze wychodzi mi pozorowanie ekskluzywnych zakupów. Niby na bogato, a w koszyku zwykła czekolada, albo chrupki tanie.
- A gdyby pan kupił, to jaki smak by pan wybrał? – twarda sztuka, nie daje za wygraną.
- No nie wiem, pewnie waniliowe.
- Jakby pan ocenił ten smak?
- Hmmm... Widać, że zauważyła moje zawahanie, bo śpieszy mi z pomocą i jak z karabinu dyktuje mi propozycje : bardzo dobry, dobry, przeciętny, niesmaczny, bardzo niesmaczny.
No nie no, ptasie mleczko waniliowe nie może być niesmaczne. Nie według mojego podniebienia, to na pewno.
- Proszę pani, bardzo dobre!- wyraźnie akcentuję i mlaskam na koniec, jakbym dopiero co takie mleczko wchłonął w siebie.

 - No dobrze, rozumiem – słyszę skrobanie długopisu, który zapisuje moją odpowiedź. – Teraz jest część multimedialna, podczas której wyświetlam panu reklamy ptasiego mleczka. No, jesteśmy na telefonie, więc nie widzi pan tego. Ale widział pan pewnie reklamy ptasiego mleczka, prawda?

Telewizora nie mam od trzech lat, a jedyny kontakt ze srebrnym ekranem jest wtedy, gdy wracam do domu. Ale to i tak reklamy przegrywają z moim zachwytem podczas oglądania Na wspólnej i kontestowaniu, jak Oli z serialu urosły cycki- mimo że ćpa podobno, co jest dla mnie niewyobrażalnym szokiem.

- Proszę pani, reklama na dobrym poziomie, skutecznie mnie zachęca do obejrzenia – mówię z pewnością w głosie, chociaż nie wiem czy nie wpuszcza mnie w maliny, bo może w tej reklamie mąż bije żonę za to, że kupiła mu ptasie mleczko innej firmy? Wyjdę wtedy na chama, prostaka i męską świnię, ale kto nie ryzykuje, ten nie ma.
- Rozumiem, rozumiem – skrobanie znowu słyszalne. – To właściwie to już wszystko. To jak tam będą do pana dzwonić, to proszę powiedzieć, że byłam u pana, że na moim laptopie oglądaliśmy te reklamy i że wszystko jest okej.

Dobra, rozumie się, nie takie rzeczy się opowiadało. Po tygodniu zadzwonili, a jakże. Pani zmęczonym głosem pyta czy miałem gościa. A pewnie, że miałem. A rozmawialiśmy o ptasim mleczku? Kochana, książkę można byłoby spisać! A filmy były? Moja droga, tak się naoglądaliśmy, że od samego patrzenia zasłodziłem się aż do mdłości. Czekam teraz na panie z banku i oferty kredytu mieszkaniowego.

wtorek, 28 maja 2013

Kółka wzajemnej adoracji

Nie lubię kółek wzajemnej adoracji. Nie lubię lizania się po dupkach, ostentacyjnej radości i udowadniania całemu światu, jak to jest wspaniale, gdy mamy siebie. Nie lubię fejsbukowych serduszek, nie lubię uśmieszków, buziaczków i słodkich słów ku pokrzepieniu naszych ciepłych serduszek, które biją wzajemnie dla siebie i składają się na jedno wielgaśne- wspólne. No nie lubię i krew mnie zalewa. I może to przypadek, a może reguła, ale kółka wzajemnej adoracji zwykłem obserwować najczęściej u kobiet. Myślałem, że moda na to wywietrzeje po okresie gimnazjum, maksymalnie liceum. Niestety, myliłem się. Ma się to dobrze na studiach, a teraz- na SUM-ie, zaatakowało to ze zdwojoną siłą. Chujowym motywem jest ciachanie procesu edukacji, bo człowiek zdąży się przyzwyczaić do ludzi i nagle wszystko zmienia się co o 180 stopni. W gimbazie w końcu przestali zamykać ciebie w damskim kiblu- idziesz do liceum. Tu tak samo- 3 lata, a mogłeś przeżyć 4-letnią, fajną przygodę (zwłaszcza, że u większości najlepszym rokiem jest ten ostatni). No i studia- 3 licka, 2 magisterki- nie liczymy tutaj prawników i przyszłym władców skalpela i stetoskopu. No i cóż, wpadłem w gówno. W gówniany sum, z którego śmialiśmy się wszyscy na licencjacie podczas wspólnych wykładów. No i jestem teraz częścią takiego sumu, z którego szydziłem i robiłem podśmiechujki jeszcze rok temu. No i na tym sumie właśnie grupka wzajemnej adoracji. Nie robią tym krzywdy nikomu innemu, że tak sobie słodzą i są wspaniałą, zgraną paczką, u której to zgranie, co ciekawe, głównie wychodzi najlepiej w internecie, ale na żywo to tak już nie do końca. Dobrze, że zajęć na magisterze mam tyle, co kot napłakał i jestem rzadkim gościem wydziału, bo jeszcze bym się solidnie zawiódł, gdyby się okazało, że grupa na żywo też trzyma się dzielnie. Żeby było zabawnie, wkrada się w taką grupkę takie nowoczesne lifestylowe podejście. Czyli jakieś fashion weeki, pokazy modowe, żarcie z instagrama i ogólnie fotki blogaskowe, na których wygląda się szykownie i stylowo. Życie gwiazd dla ubogich, jak to określam. No i żeby jeszcze ta grupka miała w sobie ten pazur w postaci ironii, żeby znalazła w sobie tę strunę sarkazmu, na której mogłaby zagrać między sobą i z otoczeniem. A gdzie tam. Mdłość nad mdłości polane sosem przeźroczystości. Może się czepiam, może mam ból dupy, że inni bawią się lepiej ode mnie i integrują się społecznie, a ja tkwię w świadomości chujowego sumu i marności swego otoczenia? Możliwe, zaprzeczać nie będę- tak samo jak nie będę podważał tego, że takie osoby mają prawo do tworzenia tych grup wzajemnej adoracji. No ale jak człowiek tak patrzy z perspektywy osoby trzeciej i „syci” się tym, co jest wokół niego, to może się zmęczyć po pewnym czasie. Z cyklu- męskiego oka problemy XXI wieku.

poniedziałek, 13 maja 2013

O, ekhem, 'celebrytach'


Dzisiaj o kobietach, ale o tych ze świecznika. O tych, które widzimy, o których słyszymy i czytamy, ale nie zawsze mamy na to ochotę.
Powszechnie mówi się o nich, jako o celebrytkach. Ja jednak pominę takie określenie, bo w polskich warunkach pasuje ono, jak pięść do nosa, gdzie bycie zawieszonym na linie celebryckiej, to nic innego, jak niebezpieczne dyndanie tuż nad taflą gówna.

Dla mnie są to panie, które znane są z tego, że są po prostu znane. Wszystko, co tutaj zostanie opisane, można śmiało podczepić również pod męską część tego środowiska, bo strona żeńska od męskiej nie różni się w tym wypadku mocno.

Nic mnie tak nie wkurwia, jak opowieści dziwnej treści o tym, co się dzieje w świecie polskiego showbiznesu. Świat, który to nie reprezentuje nic szczególnego sobą, a wystawia się częściej na śmieszność i pogardę niż na cokolwiek innego, co nie byłoby tak mocno nacechowane negatywnie. Rzecz jasna, ktoś powie, że skoro mnie wkurwia, to po co się tym interesuję i czytam to? Ano, nie interesuję się i nie czytam, ale wiem o wielu rzeczach, o których nie chciałbym wiedzieć, a mimo to, wbrew mojej woli, napotykam na nie przeglądając codziennie internet.

Czy to postraszy mnie jakiś głośny news na portalu internetowym, czy to mignie mi coś na tablicy Facebooka- nie da się uciec od tego. No i siedzę, i widzę te problemy XXI wieku, nad którymi pochylają się znani, o których dyskutują masy. Żeby daleko nie szukać- sprawa Pani Siwiec, której to zdjęcia zostały użyte do reklamy środka wybielającego odbyt. Sprawa wywołała ogromną dyskusję, która trwała co najmniej kilka dni w polskim internecie. Wyciśnięto z niej wszystko, co tylko się dało. No i po co dyskutować i o czym tak w ogóle?

Sprawa jest prosta. Pani Siwiec, kiedy jeszcze była nieznaną siksą, bo nie machała w tym czasie szaliczkiem Polski podczas Euro, sprzedała prawa do zdjęć jakiejś tam agencji fotek czy chujwiekomu i tyle. Agencja ma prawo do sprzedaży fotek i basta. Wiadomo, jest takie coś, jak ochrona wizerunku, ale czy naprawdę Pani Siwiec traci tyle ze swojej godności osobistej, że jej twarz jest obok hasła o wybielaniu dupy? Jeśli tak uważa, to trzeba było pójść po rozum do głowy i zawrzeć odpowiednie klauzule w kontrakcie, które pozwalałyby uniknąć takich sytuacji. Jeżeli było inaczej, to morda w kubeł. No ale przecież należało o tym pierdolić przez wiele dni.

Kolejna sprawa, jeśli chodzi o towarzystwo wzajemnej adoracji. Lansowanie się. Zdjęcia na jakiś tam otwarciach butików, w restauracjach, w klubach. Kluby- kurwa, serio? Co rodaków obchodzi to, że Pani X poszła do klubu Z? Szczerze, nie winiłbym Pani X, gdyby do tego klubu najnormalniej w życiu weszła, mając gdzieś fotografów. Ale w momencie, gdy widzę, jak Pani X pręży się, wypinając tyłek i robi kaczy dzióbek, albo stara się zmysłowo spojrzeć w obiektyw, to jest to znak, że komuś totalnie w dupie się poprzewracało i jest tak oderwany od rzeczywistości, że jeżeli zdarzy się moment, kiedy spadnie na ziemię (a zdarzy się), to mocno się poobija.

Nie mamy świata celebrytów i celebrytek. Nie mieliśmy, nie mamy i sądzę, że długo mieć nie będziemy. Bycie znanym, bo czyjś tatuś zalewa lodami ¾ sieci handlowych, to nie jest żaden powód, by wejść na tzw. salony. Salony...kurwa. Nawet na takie słowo środowisko to nie zasługuje.
Bezkresny ocean idiotyzmów, pustych frazesów, pierdolenia farmazonów i umiłowania głupoty, którą to zamiast zwalczać i dusić w zarodku, promuje się i gloryfikuje nazbyt często.
A na koniec największe nieporozumienie, które notorycznie wręcz się przewija przy tym temacie- określanie kogoś mianem ‘sławnego’, ‘sławnej’.

Sorry, telewizyjne, gazetowe, pudelkowe i inne misie-pysie. Sławni to mogą być Grzegorz Ciechowski, Czesław Miłosz, Janusz Gajos czy też Jerzy Pilch. Wy nawet nie możecie im butów czyścić, bo byście je upieprzyli gównem, w którym moczycie się codziennie w tym swoim ‘wielkim’ świecie.

niedziela, 12 maja 2013

Torebka kobiety

Mężczyzna może płakać

o miłości, tej niechcianej

trochę o wierze we własną osobę